Zakładki:
Coś innego do poczytania, czyli moja japońska przygoda
Zdjęcia
|
wtorek, 24 kwietnia 2012
Tak wiec staliśmy na dworcu w Popayan mając 2 możliwości:
- Jedziemy do San Agustin. Za 5 minut odjeżdżał autobus, przewidywalnie około godziny 20 bylibyśmy na miejscu (czytaj wioska w górach, oddalona sporo od czegokolwiek). Godzina (jest już wtedy ciemno) zdecydowanie nie ułatwi orientacji w nowym miejscu, nie mówiąc już o wszystkich zakazach Kolumbijczyków, aby po zmroku już nie podróżować (ale te zakazy-rady trzeba zawsze brać z przymrużeniem oka).
- Zostajemy cały następny dzień w Popayan i dopiero 25.12 rano jedziemy do San Agustin.
W związku z tym, iż Popayan nie ma wiele do zaoferowania, i o ile popołudnie można tam spędzić to ponad dzień jest raczej przesadą jak ma się przed sobą jeszcze wiele pięknych miejsc i wcale nie tak dużo czasu. Pięć minut później siedzieliśmy już w autobusie do San Agustin! Ponieważ powiedziano nam, że odjeżdżamy za 5 minut, po zakupie biletu pognaliśmy na złamanie karku do autobusu, aby zdążyć. Potem siedzieliśmy w tym autobusie jeszcze prawie godzinę zanim odjechaliśmy. Zaczęliśmy się zastanawiać czy to była dobra decyzja. Godzina dotarcia do celu opóźniała się, a znając prawdomówność firm przewozowych do czasu podroży podanego przez nich trzeba zawsze trochę dodać.
W końcu jednak ruszyliśmy. Droga była bardzo ciekawa. Przedzieraliśmy się przez górskie odludzia po drodze, która asfaltu nie widziała nigdy. Nasz autobus przypominał raczej polski busik. Rzucało nami na wszystkie strony i już po godzinie nie byliśmy pewni czy wszystkie nasze narządy wewnętrzne są na swoim miejscu. Właściwie to byliśmy pewni, że nie są. Do tego kierowca przez całą drogę słuchał bardzo głośnej, lokalnej muzyki. Byłam chyba jedyną osobą, która czerpała radość z tej podróży. Widziałam cierpienie na twarzy kolegi siedzącego obok mnie, który za tą muzyką nie przepada. Przypomnę, podróż miała trwa 5 godzin! Muzyka non stop.
Po 5 godzinach prób utrzymania się na własnym siedzeniu zaczęliśmy się zastanawiać czy jesteśmy, choć blisko naszego celu podróży. Od prawie 2 godzin nie minęliśmy żadnej osady ludzkiej, wiec raczej nie przegapiliśmy... Przeczekaliśmy jeszcze jakieś pół godziny, po czym skierowaliśmy nasze wątpliwości do kierowcy. Jeszcze pół godziny, usłyszeliśmy w odpowiedzi. Spokojnie wróciliśmy na nasze miejsca i po pół godzinie podeszliśmy do niego jeszcze raz z tym samym pytaniem. Tym razem jednak odpowiedź zaskoczyła nas całkowicie. ‘Ten autobus nie jedzie do San Agustin’.
Ręce nam opadły. W związku, z tym, iż nie było wśród nas nikogo, kto biegle posługiwałby się hiszpańskim próby uzyskania informacji były dość ciężkie i na pewno komiczne dla pozostałych pasażerów. Ostatecznie jednak, wspólnymi siłami dowiedzieliśmy się, że faktycznie autobus tam nie jedzie i nie ma szans, żeby o tej porze pojechał. Kierowca stwierdził, że może nas wysadzić w pewnym miejscu skąd złapiemy autobus do naszego miejsca docelowego (miała to być już krótka, 15 minutowa podróż). Po pierwsze zapłaciliśmy już za bilet i ani nam się śni kupować kolejny (nie z naszej winy!), po drugie na bilecie mamy wyraźnie napisaną nazwę naszej miejscowości, po trzecie.. oczywiście bardzo chętnie chcemy zostać wysadzeni na całkowitym odludziu, po zmroku, gdzie zapewne zaraz pojawi się jakiś autobus.. Ostatecznie kierowca chyba doszedł do wniosku, że nie damy za wygraną, wykonał kilka telefonów i już za chwilę okazało się, że wysadzi nas na tym odludziu, ale będzie tam na nas czekał samochód i nie będziemy już musieli za to płacić. Z lekka obawa zgodziliśmy się na tą propozycję (nie mięliśmy tak naprawdę innego wyjścia), ale tylko pod warunkiem ze autobus zaczeka na nasz kolejny transport. Na szczęście nie musieliśmy czekać, samochód już stał jak wysiadaliśmy z autobusu. Okazało się, za sympatyczny pan z lokalnego biura podroży ze swoja córką, nie tylko odwiózł nas do samej miejscowości, ale nawet do miłego i taniego gospodarstwa, w którym mieliśmy spędzić kolejne 2 noce. Rodzina powitała nas bardzo ciepło, nawet z nimi dość długo gawędziliśmy. Jak się okazuje to faktycznie prawda, ze hiszpański na kolumbijskim wybrzeżu jest po prostu trudny do zrozumienia. Tu rozumieliśmy praktycznie wszystko a nasi gospodarze przyznali, że nawet oni maja często problemy z rozumieniem dialektu z wybrzeża. W pewnym momencie, okazało się, że trafiliśmy na ich porę kolacji, a byli tak mili, że się nią z nami podzielili. Dopiero później, już w pokoju jak byliśmy sami, doszliśmy do wniosku, ze to przecież była wigilia... Nigdy nie pomyślałam, że to ja mogę być tym niespodziewanym gościem na wigilii, dla którego zawsze zostawialiśmy dodatkowe nakrycie w moim domu rodzinnym.


czwartek, 16 lutego 2012
Podróż czas zacząć.
Wakacje jednak rozpoczęłam od intensywnej, ale na szczęście krótkiej, choroby. Przeziębienie tak mnie rozłożyło (tak, w tym klimacie też można się przeziębić! Wszystko dzięki klimatyzacji), że nie byłam w stanie wstać z łóżka przez… jeden dzień! Na drugi było już zdecydowanie lepiej a trzeciego o wszystkim zapomniałam. I dobrze, bo tego ‘trzeciego dnia’ zaczynała się nasza wyprawa. Wyruszyliśmy z Barranquilli autobusem do Cali. Dla większości z was zapewne ta informacja wiele nie znaczy, ale reakcją praktycznie każdego Kolumbijczyka jest: ‘Co? AUTOBUSEM??’. Bo przecież, kto normalny zdecydowałby się na podróż autobusem na dystansie ponad 1000 km? I to w Kolumbii! Jak się okazuje, wiele osób. Na bilet lotniczy było zdecydowanie za późno, ceny na okres świąteczny zdecydowanie nas przerosły. Podróż autobusem miała trwać ok. 23h. Kolumbijczycy mówili nam, żebyśmy byli przygotowani nawet na 4 dni (jakże oni nie wierzą w swój kraj!). Podróż ostatecznie trwała JEDYNIE 30h (z samej Barranquilli wyjechaliśmy z godzinnym opóźnieniem…). Autobus był bardzo komfortowy, lepszy niż wiele dalekobieżnych w Polsce. Dojechaliśmy do Cali przed północą, czyli najgorsza z możliwości (za późno, żeby błądzić po ulicach nieznanego, kolumbijskiego miasta, a za wcześnie żeby przeczekać do rana na dworcu). Porzuciliśmy plan dotarcia do centrum i weszliśmy do najbliższego hostelu przy dworcu. Miejsce okazało się bardzo tanie, wiec ostatecznie byliśmy zadowoleni. Rano zabraliśmy wszystkie rzeczy i pojechaliśmy do centrum. Podobnie jak poprzedniej nocy, dość szybko znaleźliśmy tani nocleg. Byliśmy zdziwieni tak niskimi cenami (zagadka wyjaśniła się później…). Wstępnie planowaliśmy zostać w Cali ok. 2-3 dni, w zależności od tego jak bardzo nam się tam spodoba.


Centrum miasta przypominało mrowisko! Przeciskaliśmy się przez tłumy, ogłuszeni nawoływaniami sprzedawców do kupienia ich towarów. A sprzedawali tam wszystko! Wszystko, co na pewno ani do życia ani do szczęścia nikomu nie jest potrzebne. Gdy wreszcie trochę oddaliliśmy się od tego zgiełku, zrobiło się przyjemniej. Ciekawsza architektura, więcej przestrzeni, parków, drzew. W Cali też znajduje się najokazalsze zoo w Kolumbii. Wieczorem zaskoczyły nas świąteczne iluminacje. Jednak, gdy nadeszła pora powrotu do hostelu wyjaśniła się zagadka jego niskiej ceny. Okazało się, że centrum nie należy do najprzyjemniejszych miejsc po zmroku. Tłumy ludzi zniknęły, a na ich miejsce pojawili się lokalni mieszkańcy w stylu typa spod ciemnej gwiazdy, szukający rozrywki. Głośna muzyka, wszechobecny alkohol. I oczywiście żadnych obcokrajowców poza nami, wiec przyciągaliśmy uwagę. Zdecydowanie nie czuliśmy się komfortowo. Udało się bezpiecznie dotrzeć do celu, jednak zrezygnowaliśmy z wcześniejszych planów poznania życia nocnego Cali.


Samo miasto nie znalazło się na liście naszych ulubionych, wiec kolejnego dnia postanowiliśmy z niego uciec. Rano pojechaliśmy na dworzec. Jeden z naszych kompanów wybrał autobus z powrotem do Barranquilli, podczas gdy reszta kupiła bilet do Popayan. Miasto całkiem przyjemne, ale pewnie dla niego samego nie zdecydowalibyśmy się na podróż jeszcze bardziej na południe. Jednak Popayan jest miejscem wypadowym do San Agustin (i tu zdecydowanie warto jechac!). Po 3 godzinach od wyjazdu z Cali znaleźliśmy się w Popayan. Plan zakładał spędzenie popołudnia i wieczoru w mieście i kolejnego dnia rano wyjazd do San Agustin. Na dworcu chcieliśmy tylko dowiedzieć się, o której godzinie rano odjeżdżają tam autobusy. I czekała nas niespodzianka.
‘Jutro żaden autobus tam nie jedzie’
‘Jak to? Dlaczego?’
‘Bo jutro jest 25.12…’
No tak, całkowicie zapomnieliśmy, że właśnie była wigilia…
cdn...
środa, 11 stycznia 2012
Wybaczcie długą ciszę, ale w związku z moimi (jeszcze trwającymi) miesięcznymi wakacjami intensywnie zbieram materiał na ciekawe wpisy tutaj. Teraz tylko trochę cierpliwości zanim ogarnę wszystko, co mi się podczas tych wakacji przydarzyło. A jest o czym opowiadać i to za pewne jeszcze nie koniec! Chwilowo kilka nowych refleksji odnośnie Kolumbii. Po pierwsze, kocham ten kraj! Ale to już wiecie. Wybierając Kolumbię na mój kolejny ‘dom’ nawet nie zdawałam sobie sprawy jak piękny jest ten kraj i jak wiele ma do zaoferowania. Kolumbia jest około 3 razy większa od Polski, jednak ma nieznacznie mniej mieszkańców. Powodem jest fakt, iż sporą część kraju zajmuje Amazonia. Uprzedzając pytania, nie do Amazonii tym razem nie dotarłam. Jeszcze. Czy dotrę, nie wiem, ale jest to zdecydowanie kusząca propozycja. Tym razem spędziłam czas w bardziej zagospodarowanych częściach kraju. Odległości są ogromne, to fakt, ale warto je przemierzyć. Przez cały czas nie mogłam wyjść z podziwu jak bardzo Kolumbia jest różnorodna. Krajobrazy zmieniają się tu niesamowicie. Czasem miałam wrażenie, że jestem w Azji, Afryce, czasem że w Alpach, Bieszczadach a nawet w moich rodzinnych Beskidach. Efektem tych podróży jest niezliczona ilość wspomnień, jeszcze większa ilość zdjęć (niestety technika znów zawiodła i zdjęcia z wysp Rosario a także więkoszość z Cartageny przepadły..), wiele nowych znajomości, świadomość że w innych regionach kraju jednak mówi się po hiszpańsku oraz ZMĘCZENIE (ale to pozytywne zmęczenie podróżą). Przecież wakacje nie są po to, żeby odpoczywać.

W ramach uściślenia o co chodzi z tym hiszpańskim, to tak, w Kolumbii używa się hiszpańskiego i jest to jedna z czystszych i łatwiejszych do zrozumienia odmian tego języka. Wyjątkiem jest… wybrzeże. Czyli właśnie tu gdzie mieszkam. Moja teoria głosi, że ludzie tu nie znają hiszpańskiego. Posługują się językiem costeñol, którego podstawy zdecydowanie opierają się na hiszpańskim, ale to co dzieje się potem… Ludzie mówią tu bardzo szybko, pomijają wiele końcówek gramatycznych, zjadają końcówki wyrazów – tłumaczone jest to ich lenistwem... Poza tym bardzo często, gdy nie mogą znaleźć odpowiedniego słowa, po prostu jakieś wymyślają. Twierdzą, że jeśli opanujesz tą odmianę hiszpańskiego to zrozumiesz hiszpańskim w każdym innym miejscu na świecie. Problemem jest tylko kwestia opanowania costañol. Odkąd tu mieszkam miałam wrażenie, że poziom mojego hiszpańskiego praktycznie się nie zmienił. Jednak, gdy pojechaliśmy na południe byliśmy w szoku. Okazało się, że rozumiemy ludzi! I potrafimy nawiązać konwersację. Kolumbijczycy mówią tam wolno i wyraźnie. Była to naprawdę miła odmiana i utwierdzenie się, że jednak poziom języka rozwija się tu w pozytywnym kierunku. Ludzie z innych części Kolumbii sami przyznają że często mają problem ze zrozumieniem ludzi z wybrzeża. Ale i tak jestem szczęśliwa, że to właśnie tu zaprowadził mnie los.

Kolumbijczycy są niesamowicie przyjaźni, otwarci i pomocni! Mity o niebezpiecznej Kolumbii mogę wreszcie obalać z czystym sumieniem. Podczas tych kilku podróży nie przydarzyło nam się nic złego, wręcz przeciwnie, spotkaliśmy się z życzliwością jakiej się nie spodziewaliśmy. Kolumbia faktycznie jeszcze kilka lat temu była niebezpieczna, ale obecnie wszystko się zmienia. Oczywiście są jeszcze rejony kraju, gdzie raczej lepiej się nie wybierać samemu, ale są to zazwyczaj bardzo oddalone górskie wioski, czy też niedostępne partie dżungli.

Poza tym czas jest tu pojęciem bardzo względnym, szybko się tego nauczyliśmy. Jeśli w kasie mówią Ci, że Twój autobus odjeżdża za 5 minut oznacza to tylko, że pędzisz tam na złamanie karku a potem siedzisz w środku kolejną godzinę i czekasz aż uzbiera się odpowiednia ilość pasażerów (oczywiście dotyczy to mniej obleganych tras). Ponadto jak informują Cię, że podróż będzie trwała 12 godzin, spodziewaj się 16. Ale kwestia prawdziwości informacji jakie uzyskuje się od Kolumbijczyków jest zdecydowanie tematem na osobny wpis!

Krótko podsumowując, Kolumbia jest moim rajem i jestem tu BARDZO szczęśliwa!

środa, 21 grudnia 2011
Jedno można stwierdzić na pewno – Kolumbijczycy są fatalnymi kierowcami! Jest prawie aż tak źle jak w Chinach, ale jednak minimalnie lepiej (jak do tej pory nic nie pobiło 5 samochodów na szerokości 3 pasów i jeszcze do tego kilka trąbiących i próbujących wyprzedzić ani jazdy pod prąd na rondzie!). Tutaj nie jest aż tak źle (nie widziałam jeszcze żadnego ronda…), ale nie da się ukryć, że jest źle. W Polsce narzeka się na ‘baby za kierownicą’, które parkują zajmując 2 miejsca, albo jadą nie tak jak trzeba, albo samochód gaśnie im w najmniej odpowiednim momencie… zresztą sami wiecie. Jeśli przyjąć by w Kolumbii te kryteria oceny umiejętności kierowców okazałoby się, że jeżdżą tu same ‘baby’. Przepisy nawet jeśli istnieją, nie mają żadnego znaczenia, a jestem bardziej niż pewna, że większość kierowców ich po prostu nie zna. Każdy jedzie jak chce. Pierwsza i najważniejsza panująca tu zasada to zasada silniejszego, czyli kto większy ten ma pierwszeństwo. Poza tym kierunkowskaz jest, ale jest opcjonalny. Jeśli chcesz skręcić bardziej skuteczne jest użycie klaksonu. Dojeżdżając do jakiegokolwiek skrzyżowania też należy trąbić, żeby dać innym znać że zaraz się tam wjedzie i nie będzie się patrzyło czy ktoś inny też tam jest – trąbie, słyszysz że jadę, zrób mi miejsce. Poza tym wyczucie czy ‘już teraz mogę wjechać na skrzyżowanie’ jest umiejętnością, którą posiadają nieliczni. Reszta albo czeka wieki w obawie, że ‘jednak ten większy, który właściwie jest daleko, na pewno mnie staranuje’, ale wjeżdża na środek i zostaję strąbiony przez resztę (bo to jednak nie był ten moment), albo wjeżdża częściowo na skrzyżowania, dochodzi do wniosku że to nie był ten moment więc zatrzymuje się i cała reszta musi go omijać łukiem. Parkowanie… 500 podejść i w końcu samochód i tak zostaje w najgorszej możliwej pozycji. Poza tym, jeśli nie znasz drogi (a większość ludzi nie zna, bo przecież miasto duże i kto by tam znał więcej niż droga z domu do szkoły/pracy) to nie jest problemem zatrzymanie się na środku drogi/skrzyżowania w celu skonsultowania ze współtowarzyszami podróży ‘gdzie teraz’, lub ewentualnie w celu skorzystania z opcji telefon do przyjaciela. Światła są w nielicznych miejscach co oznacza:
a) Skrzyżowanie to faktycznie walka silniejszego
b) Pieszy albo uczy się cierpliwości albo szybkiego biegania
I co do pieszych… no właśnie, dzięki chińskiej przygodzie nic mnie tu nie dziwi i jestem w stanie sobie poradzić w wielu sytuacjach, ale faktem jest że trzeba mieć oczy dookoła głowy i bieganie faktycznie jest bardzo pomocne.
Tak szczerze przyznam, że w Polsce trochę tęskniłam za tym chaosem. Trzeba czekać na czerwonym nawet jak nic jedzie? No i co to za przyjemność z przechodzenia na drugą stronę jak ktoś się zatrzymuje i ustępuje Ci pierwszeństwa. Nawet raz próbowałam w Polsce chiński trik (czyli przejście połowy jezdni, potem czekanie na środku ruchliwej drogi aż w końcu uda się gdzieś wbić i przebiec drugą połowę), ale jak stanęłam na środku to biedny kierowcą niesamowicie się wystraszył i zahamował nagle, żebym mogła przejść, zero zabawy.
Co ciekawe, Kolumbijczycy wiedzą, że jeżdżą źle, ale są z tego dumni! Twierdzą, że skoro potrafią jeździć w takich warunkach to przetrwają na drodze w każdym innym kraju. Ale czy aby na pewno? Myślę, że czuliby się co najmniej zagubieni w miejscu gdzie wszyscy stosują się do kolorów sygnalizacji świetlnej lub korzystają z kierunkowskazów.
A przyczyną tak tragicznych umiejętności jest fakt, iż otrzymanie tu prawa jazdy to czysta formalność. Nie jest najtańsze, kurs trwa około 2 miesiące i po nim właściwie nie ma egzaminu. Większość ludzi uczy się jeździć metodą prób i błędów, czasem ze wskazówkami od rodzica lub starszego rodzeństwa. Często też jeżdżą pomimo, że nie mają prawa jazdy. I to wiele wyjaśnia!
W ostatnim czasie moja dobra znajoma dostała w prezencie od swojej babci… samochód! (gdzie te czasy kiedy od babci dostawało się czekoladki?). Samochód musi dzielić ze swoją siostrą, która dopiero co dostała prawo jazdy. Znajoma podczas ostatniego spotkania opowiedziała mi, że dowiedziała się od swoje siostry, iż po mieście są rozstawione radary i robią zdjęcia tym, którzy jadą za szybko. Oczywiście kończy się to mandatem. Moja znajoma był w ogromnym szoku, bo nigdy wcześniej nie słyszała, że istnieje coś takiego jak ograniczenie prędkości! Siostra, która dopiero co przeszła kurs prawa jazdy, również nie dowiedziała się tego z teorii, w domu czekało na nią kilka zdjęć i mandatów…
poniedziałek, 05 grudnia 2011
Tak tak, i kolejny wpis świąteczny. No cóż, mnie tu święta nie dają wytchnienia więc i wy poczujcie to samo (zresztą podejrzewam że i w Polsce już widać świąteczne szaleństwo, przecież to już grudzień!).
Ostatniego dnia listopada przed samym wyjściem z pracy dowiedziałam się, że w pierwszy dzień grudnia trzeba ubrać do pracy coś czerwonego. Nie było już czasu, żeby dowiedzieć się dlaczego. Zresztą większym problemem niż ‘dlaczego’ było problem ‘co’. No bo skąd tu wziąć coś czerwonego jak się za tym kolorem nie przepada i w ubogiej szafie nie ma nic co nawet ten kolor by przypominało. No cóż, okazuje się że szybka wizyta w supermarkecie potrafi rozwiązać i ten problem.
Kolejnego dnia faktycznie w szkole każdy miał na sobie coś czerwonego. Ponadto, sporo osób miało na sobie mikołajowe czapki lub rogi renifera! W końcu udało mi się kogoś zapytać o co tak naprawdę chodzi. Usłyszałam, ze przecież dziś zaczął się grudzień czyli jest pierwszy dzień Bożego Narodzenia…. No dobrze, niech im będzie, jestem w mniejszości więc nie ma się co kłócić o daty. Tak więc cały dzień był pod znakiem świąt. Rano występ chóru śpiewającego kolędy i bożonarodzeniowe piosenki, a po pracy impreza pracowników szkoły z rozdawaniem prezentów. Hmm, no tak, nie ma jak pierwszy dzień Bożego Narodzenia… Ciekawe co jeszcze grudzień w Kolumbii przyniesie ze sobą ciekawego!

Chyba nie muszę dodawać jak ciekawie wyglądają czapki mikołajowe i brzmią kolędy, gdy stoi się w upale pod palmami!
niedziela, 04 grudnia 2011
Żyjąc w różnych klimatach powoli oswoiłam się z wieloma ich wadami i zaletami. Żyjąc w miejscu cieplejszym niż Polska (a jak do tej pory zawsze na taki trafiałam) trzeba się oswoić z większą ilością i różnorodnością otaczającego nas chociażby świata owadów i innych tego typu żyjątek (wybaczcie niewiedzę w nazewnictwie, po prostu się nie znam).
Pamiętam, gdy byłam mała, jedną z moich największych fobii były pająki. Nawet te najmniejsze, które ledwo widać (oj wtedy widziałam nawet te najmniejsze!). Pamiętam nawet, gdy pewnego razu (nie pamiętam ile mogłam mieć lat, ale na pewno niewiele) weszłam do łazienki i zobaczyłam w wannie pająka, takiego standardowego jaki czasem pojawia się w naszych polskich domach. Zaczęłam histerycznie krzyczeć. W przeciągu kilku sekund usłyszałam jak na złamanie karku na piętro po schodach biegnie mama, żeby uratować swoje dziecko przed jakąś straszną krzywdą, której właśnie ono doświadcza. Wbiegła do łazienki z przerażeniem na twarzy i pytaniem co się dzieje. Więc ja, z nie mniejszym przerażeniem, pokazałam pająka niewzruszenie spacerującego po brzegu wanny. Pamiętam do dziś złość mamy, gdy zobaczyła co było powodem mojego krzyku. Pamiętam też ulgę na jej twarzy, że jednak nic złego się nie dzieje. Wtedy nie mogłam zrozumieć dlaczego była na mnie zła (przecież to był straszny pająk, który mógł mnie zjeść!), zrozumiałam dopiero po kilku latach… a historię pamiętam do dziś. Teraz mogę się z tego śmiać, zważywszy na fakt z czym przyszło mi żyć wiele lat później. Już w Krakowie trochę bardziej oswoiłam się z małymi osobniki czasem przewijającymi się przez dom, w końcu jak ogólnie wiadomo na mieszkaniach studenckich różnie bywa... W Japonii i Chinach przybrało to jeszcze większy wymiar (zwłaszcza w Chinach!), więc spacerujące pająki nie wzruszały mnie już całkowicie, były inne stwory, których warto się było obawiać. Ale Kolumbia przeszła moje oczekiwania! No cóż, wiedziałam w jaki klimat jadę, więc i tego się spodziewałam. Dobrze, że przez lata stopniowo się z tym oswajałam, bo teraz z ciekawością mogę się przyglądać zamiast wskakiwać na krzesło i krzyczeć.
I po tym jakże długim wstępie przejdę do sedna, od którego w ogóle zrodził się pomysł na temat tego wpisu. Tak więc kilka dni temu wchodzę do kuchni, żeby przygotować kolację, chcę położyć jedzenie na stole, gdy nagle coś się tam porusza! Ręka odruchowo się cofa, ale ciekawość kieruje wzrok w tamtym kierunku. Gdy widzę co się tam znajduje zostawiam jedzenie i biegnę po najbliżej znajdujący się aparat fotograficzny (okazał się to być telefon, dlatego zdjęcia nie są najlepszej jakości). Sami oceńcie naszego nowego lokatora…


Pomyślałam tylko, że dobrze, iż zadomowił się w kuchni a nie w moim pokoju. Nawet zaśmiałam się na myśl, że właściwie droga niedaleka… i wykrakałam sobie, bo następnego wieczoru kolega pojawił się w rogu mojego pokoju! Po czym spacerował sobie po ścianie a później zniknął w kolejnym rogu!

Myślicie, że dobrze spałam tej nocy? :)
A tak jeszcze w ramach informacyjnych, to nie jedyny przyjaciel, który pojawia w kolumbijskich domach, ale jak do tej pory jedyny tak ‘ekstremalny’ i ciekawy, że warty opisania.
poniedziałek, 28 listopada 2011
Życie tu jest zupełnie inne. Świat, otaczająca mnie rzeczywistość, względna normalność. Wszystko jest inne, odmienne od tego co znam. Uczę się żyć od nowa. Przejmuję nowe nawyki, nowe umiejętności, nowe priorytety. Zapominam o codzienności, którą znałam i uczę się nowej. Pewne aspekty nabierają nowego znaczenia, a pewne po prostu znikają z mojego życia. Wiele nieistotnych spraw, które kiedyś były dla mnie ważne, dziś wydają się śmieszne. Czy życie jest tu lepsze? Gorsze? Wiem, że wielu z was za nic nie chciałaby się tu przenieść. Może przyjechać na wycieczkę, zobaczyć tą odmienność, zobaczyć inny świat, innych ludzi. Ale żeby tu zamieszkać? Kto o zdrowych zmysłach wybiera taki kraj? A jednak, istnieją ludzie którzy chcą tu mieszkać, którzy pokochali to miejsce, dla których stało się nowym domem, nową rzeczywistością i nowym życiem. Czy jestem jedną z tych osób? Nie wiem. Na razie jestem pewna, że nie żałuję decyzji o przyjeździe tutaj, chociaż wielu z was tego nie rozumie. Jednak wcale nie oczekuje zrozumienia. To moje życie i to ja powinnam być szczęśliwa z jego powodu. I jak na razie jestem. Jak długo? Jak to bywa z zauroczeniami, albo przeradzają się w miłość albo mijają. Jak rozwinie się moje zauroczenie Kolumbią? Jedno jest pewne, nie jest to ostatnie miejsce na świecie, w którym chciałabym mieszkać. Świat jest zbyt piękny i zbyt urozmaicony by pozostać w jednym miejscu przez całe życie…
Tak, szukam swojego miejsca na świecie i wcale tego nie ukrywam. Wybór miejsc jak do tej pory zaskakuje prawie każdego, ale to wcale nie świadczy o tym, że chcę szokować. Ja po prostu robię wszystko, żeby nie wpaść w wir pościgu za pieniędzmi, morderczego wyścigu o coraz lepsze stanowisko w świetnie prosperującej korporacji, o samochód lepszy niż mają moi znajomi, o jak największy i najbardziej luksusowy dom. Chcę uciec przed żądzą posiadania, przed poświęcaniem siebie dla pieniędzy, przed zaharowywaniem się dla zdobycia jak największej ilości dóbr materialnych. Dlatego nie chcę wyjechać do kraju, w którym będę mogła pracować 20 godzin na dobę jako kelnerka tylko po to, by po 10 latach wrócić do Polski ‘bogata’ (nie mówię, że jest to zły pomysł na życie, mi on po prostu nie odpowiada). Przeraża mnie nie tylko pęd za samymi pieniędzmi, ale też to co robi on z ludźmi i z ich postępowaniem w stosunku do innych. Bo czy lepsze życie to praca od rana do wieczora dzięki czemu stać nas na więcej? Ja chcę tylko (albo aż!), żeby stać mnie było na podróże. Nie chcę wybudować domu czy kupić mieszkania, nie czuję chęci posiadania samochodu, nie widzę sensu w gromadzeniu dobytku skoro nie planuję zostać w jednym miejscu. Poszukując odpowiedzi na odwieczne pytanie ‘być czy mieć’ mam nadzieję, że człowiek jest w stanie znaleźć złoty środek. Bo o ile łatwo byłoby odpowiedzieć ‘BYĆ’ to niestety potrzebujemy też ‘MIEĆ’, aby przetrwać w tym świecie.

sobota, 26 listopada 2011
W Polsce często narzekamy na pogodę, ale jak się okazuje tutaj też bywa złośliwa. Zwłaszcza w ostatnim czasie. Piękna, słoneczna pogoda jest tu z nami od poniedziałku do piątku, po czym zaczyna się weekend i...


Jak już wiadomo przy takiej pogodzie nie warto wychodzić na zewnątrz (patrz wpis o arroyo), więc pozostaje jedynie robienie zdjęć z okna własnego (lub czyjegoś) pokoju...
Święta Bożego Narodzenia są tu ze mną praktycznie od początku czyli od października. No bo i dlaczego czekać ze świątecznymi dekoracjami do grudnia? Sklepy zaczęły już to szaleństwo dawno, w domu też choinka świeci od jakiegoś czasu, uliczne oświetlenia pojawiły się w zeszłym tygodniu (dopiero!) a dziś nadszedl czas na moją szkołę. I tak dali trochę wytchnienia, PRAWIE udało się doczekać grudnia. Niemniej jednak moja biblioteka zaskoczyła mnie kretywnością w tej kwestii. Zresztą zobaczcie sami!

Nawiasem mówiąc, trochę dziwnie jest patrzyć na te wszystkie dekoracje w otoczeniu palm i przy upalnej, słonecznej pogodzie. Ale od pażdzienika już zdążyłam się przyzwyczaić!
poniedziałek, 21 listopada 2011
Zima zawitała do Barranquilli. Tak proszę Państwa, ZIMA! Po czym poznać tu zimę? A no chociażby po tym, że budząc się w nocy trzeba wyłączyć wiatrak, bo jednak jest trochę chłodno. Po tym, że biorąc rano prysznic nagle zaczyna nam lekko przeszkadzać brak ciepłej wody. Po tym, że wychodząc rano z domu nie uderza nas na dzień dobry żar nie do zniesienia. Po tym, po południu prysznic nie musi być pierwszą czynnością wykonywaną po wejściu do domu (może być drugą, a czasem nawet trzecią!). Po tym, że wychodząc z pracy jest się w stanie dotrzeć do domu mając na sobie bluzkę z długim rękawem (ok, to ekstremalny przykład, zdarzyło się raz i to w wyjątkowo ‘chłodny’ dzień). I po tym, że idąc rano do pracy widzimy termometr wskazujący temperaturę TYLKO 25°C. A była już 6.30! Tak proszę Państwa, zima nie zapomina nawet o Barranquilli...

sobota, 12 listopada 2011
Arroyo jest mi szczególnie bliskie odkąd tu jestem, bo po pierwsze bardzo serdecznie przywitało mnie zaraz po przylocie do Kolumbii, po drugie występuje dość często w Barranquilli, zwłaszcza w porze deszczowej (która jeszcze chyba trwa, zdania na ten temat są podzielone). Już spieszę z wyjaśnieniami o czym tak w ogóle czytacie. Arroyo dosłownie oznacza strumień, ja uważam to za ‘żywioł’ nawiedzający miasto podczas obfitych opadów deszczu. Jak już wspomniałam mamy tu teraz porę deszczową. Nie oznacza to, że pada tu cały czas, jednak pada względnie często, czasem przelotnie a czasem trwa to kilka godzin. Jednak tutejszy deszcz tylko czasem przypomina to co znałam do tej pory. Najczęściej z nieba leją się hektolitry wody. Zazwyczaj ten najmocniejszy deszcz nie trwa jednak długo. Ponadto w Barranquilli nie jest płasko, poziomy ulic różnią się między sobą (chyba nawet gdybym miała taką możliwość, odpuściłabym rower, bo trzeba byłoby jeździć raz w górę, raz w dół, a dokładając do tego upał staje się to zadaniem niewykonalnym). No i właśnie te drogi, niektóre położone wyżej, inne niżej, stają się miejscem występowania arroyo. Gdy pada naprawdę mocno i obficie wystarczy kilka minut, aby tymi ulicami, które położone są trochę niżej zaczęły płynąć rzeki. Z każdą minutą rzeki te przybierają na rozmiarze i sile. Jest to dość niebezpieczne, zwłaszcza dla tych, którzy arroyo lekceważą. Podczas ulewy nie należy się nigdzie przemieszczać, lepiej poczekać aż trochę się uspokoi. Arroyo jest na tyle silne, że samochód ma sporo trudności w pokonaniu jego siły, a bardzo często nie jest w ogóle w stanie wjechać na ulicę, którą płynie rzeka. A gdy arroyo jest już w stadium zaawansowanym, nie ma nawet co próbować z nim walczyć, bo z góry wiadomo kto wygra. W szkole, w której pracuję opowiadano mi już kilka razy o jednym uczniu, który w zeszłym roku chciał na rowerze przejechać na drugą stronę ulicy-rzeki podczas arroyo – nigdy nie znaleziono jego ciała. Woda z ulic miasta spływa prosto do rzeki Magdalena, które niewiele dalej wpada do morza. Mieszkańcy wiedzą już, które ulice są najbardziej narażone na arroyo, a które nie i wiedzą gdzie w tym czasie mogą się poruszać bezpiecznie, a które miejsca trzeba omijać szerokim łukiem. Arroyo występuje w Barranquilli, ponieważ miasto ma bardzo słabo rozwinięty system kanalizacyjny. Woda nie spływa pod ziemię tylko gromadzi się na jej powierzchni, dlatego arroyo jest zawsze kwestią minut. W miejscu, gdzie mieszkałam zaraz po przyjeździe, na głównej ulicy arroyo pojawiało się bardzo szybko. Jednak teraz przeprowadziłam się w miejsce, gdzie występuje ze zdwojoną siłą. Wczoraj miałam ‘przyjemność’ być świadkiem tego, co dzieje się tu podczas deszczu. Byłam na zakupach i akurat gdy wychodziłam ze sklepu zaczęło bardzo mocno padać. Niebo było całe szare więc stwierdziłam, że zamiast czekać aż przestanie padać (nie zanosiło się, że będzie to szybko) postanowiłam jak najszybciej dotrzeć do domu. Oczywiście w miarę możliwości. Byłam jakieś 2 ulice od mojego domu więc uznałam, że warto spróbować. Na szczęście udało mi się dotrzeć, bo byłam po dobrej stronie ulicy. Gdybym musiała ją przekroczyć, nie byłoby na to najmniejszych szans i byłabym skazana na czekanie.
Gdy przestaje padać, to również kwestia minut, gdy wszystko wraca do stanu pierwotnego.



poniedziałek, 07 listopada 2011
Co zrobić z wolną niedzielą, gdy mieszka się nad morzem a znajomi zapraszają na plażę? Wybór jest prosty. Zwłaszcza, że nie miałam jeszcze okazji poznać plaż blisko Barranquilli. Niemniej jednak słyszałam o nich wiele, niestety nic dobrego. A jak znajomi dowiadywali się, że byłam już w parku Tayrona to tym bardziej byli pewni, że plaże tu mi się nie spodobają. Jak to jednak bywa, dopóki człowiek nie zobaczy to nie uwierzy. Przecież co może być nie tak z plażą? Trochę piasku, morze - co tu się może nie podobać. Pojechaliśmy nie na najbliższą plaże a na jedną z ładniejszych w okolicy. Dotarcie tam zajęło nam około godziny. To co tam zastaliśmy... faktycznie nas nie zachwyciło (oprócz mnie były jeszcze 2 inne osoby, które odwiedziły już Tayrona, a plaże Barranquilli jeszcze nie). Zastanawiamy się jak wyglądają te mniej ładne plaże, skoro to była jedna z ładniejszych. No cóż. Wąski pasek piasku, w większość zastawiony plastikowymi stołami i krzesłami, gdzie skorzystać można z usług tamtejszej 'restauracji'. Woda miała kolor niebieski, niestety nie przy brzegu... Udało mi się wykręcić od wchodzenia do niej, chociaż nie było łatwo. No cóż, nie daję za wygraną, może po prostu to miejscu nie przypadło mi do gustu. Mam jeszcze kilka miesięcy aby odkryć tu coś ładniejszego. A odkryć trzeba, bo mam już kilku chętnych nauczycieli pływania, ale w takiej wodzie to dziękuję... Czy to naprawdę Morze Karaibskie?
Oczywiście, żeby sprawa był jasna - świetnie się bawiłam grzejąc się w tropikalnym upale z widokiem na morze i z szerokim uśmiechem na twarzy! Dodatkowo, jak to zwykle bywa, ważniejsze jest to z kim spędza się czas a nie gdzie. W tym przypadku oba czynniki były równie pozytywne!

piątek, 28 października 2011
W związku z tym, iż pracuję w bibliotece, próbuję to wykorzystać na nadrobienie zaległości w lekturach (szkoła jest dwujęzyczna więc większość książek jest w języku angielskim). Ponadto pomyślałam też, że może spróbuję uczyć się hiszpańskiego właśnie na książkach (oczywiście z tym pomysłem skierowałam się do biblioteki dla uczniów podstawówki). I faktycznie, jest to ciekawy pomysł. Chociaż nawet ze słownikiem bywa czasem ciężko. Jednak ostatnio znalazłam tam znajome historie, które czyta się świetnie bo treść znam, teraz tylko poznaje ją w nowym języku. Zobaczcie sami, czy rozpoznajecie te bajki?

wtorek, 25 października 2011
Dziś poniedziałek. Pomimo to od rana dopisywał mi humor, chyba weekend został odpowiednio wykorzystany. Pół godziny po rozpoczęciu pracy do biblioteki przyszła dyrektorka szkoły i zabrała mnie ze sobą do audytorium. Jak co poniedziałek, uczniowie rozpoczynali właśnie spotkanie podczas, którego omawiali różne bieżące sprawy. Okazało się, że przygotowali dla mnie niespodziankę. W pewnej chwili poprosili mnie na środek i kazali powiedzieć coś o sobie - o zgrozo po raz setny! Przynajmniej mam to już przećwiczone i nawet bez wcześniejszego przygotowania udało się sklecić jakąś logiczną wypowiedź. Po tym jakże miłym wstępie pozwolono mi usiąść i... uczniowie rozpoczęli prezentacje. Na początek było trochę o Polsce (nawet powitanie w języku polskim - co prawda z małym błędem gramatycznym ale wybaczamy wujkowi Google Translate małe niedociągnięcia i tak było to niesamowite!). Później dowiedziałam się trochę więcej o Kolumbii i Barranquilli. Na koniec dostałam nawet prezenty! Okazało się, że ojciec jednej z uczennic jest konsulem w Konsulacie Rzeczpospolitej Polskiej w Barranquilli i od niego dostałam książkę o mieście i album ze zdjęciami ze słynnego karnawału jaki obchodzi się tu hucznie co rok.

Oraz... tort z logo szkoły!

Po takim przeżyciu nie da się narzekać na poniedziałki!
piątek, 21 października 2011
Tayrona jest jednym z popularniejszych parków narodowych w Kolumbii. Położony jest na wybrzeżu Morza Karaibskiego, u podnóży gór Sierra Nevada. Co można tu zobaczyć? Poczynając od rajskich, piaszczystych plaż położonych w północnej części parku, aż po gęsty las deszczowy na jego skrajnie południowych krańcach. Miejsce jest siedliskiem urozmaiconego świata zwierzęcego i roślinnego. Większość turystów przyjeżdża tu dla wspaniałych plaż, jednak i nielicznych przyciąga tajemnicza siła lasu. Region ten był w przeszłości zamieszkany przez ludność Tayrona i do dziś na tym terenie znaleźć można archeologiczne pozostałości ich istnienia.


Jest to niecodzienne miejsce, które warto odwiedzić będąc w tej części świata. Nam udało się ominąć sezon przyjazdów turystycznych, dzięki czemu nie było aż tylu ludzi ilu można się było spodziewać. Niestety, w związku z obecnie panującą tu porą deszczową nie ominęły nas ulewy, które (na szczęście lub na nieszczęście) miały miejsce tylko wieczorami. Dla nas oznaczało to ‘lekkie’ podtopienia namiotów, jednak w ciągu dnia pełne słońce i upał pozwalały wszystko osuszyć. Dotarcie do celu nie było łatwe. Wymagało od nas przedarcia się przez ‘dżunglę’, piaszczyste plaże (które wcale nie są aż tak przyjemne, kiedy ma się ze sobą ciężki bagaż – a ciężkie mieliśmy, gdyż z uwagi na ceny na terenie parku, musieliśmy zrobić zapasy żywnościowo-trunkowe), skaliste uskoki. O dziwo nie zjadły nas komary (w końcu w pobliżu gęstego lasu, w porze deszczowej człowiek spodziewa się najgorszego), co mnie zdziwiło, ale bynajmniej nie zasmuciło! Szybkie rozkładnie namiotów zakończyło się ucieczką przez ulewą jakiej na pewno nie chce się spędzać na zewnątrz, jednak ulewa minęła a dobre humory nie. Drugi dzień spędziliśmy na spacerowaniu wzdłuż wybrzeża i odkrywaniu coraz to piękniejszych plaż. (Tak, nie obyło się oparzenia słonecznego, pomimo tony zużytego kremu z filtrem. No cóż, skóra też potrzebuje trochę czasu na przystosowanie się do nowych warunków). Na koniec dnia postanowiliśmy zapoznać się trochę bliżej z ‘dżunglą’. Ostatnimi resztkami sił przedarliśmy się przez gęste zarośla, po to by następnie, w zmaganiu z czasem, wrócić przed zmierzchem na camping. Udało się. Upalny dzień zastąpiony został… wieczorną ulewą (celowo nie używam słowa 'deszcz', gdyż nie ma ono wystarczającego wydźwięku w stosunku do tego co nas spotkało), tym razem już nie zostaliśmy zaskoczeni. Następnego dnia, po leniwych próbach pakowania i zmuszania się do kolejnego wysiłku, wyruszyliśmy w drogę powrotną. Ponieważ zbieranie się było naprawdę leniwe, skończyło się dla nas przedzieraniem się przez rozpalone południowym słońcem plaże, praktycznie pozbawione cienia. Już nawet aparat nie miał siły wychylić obiektywu z plecaka (pomimo cudownych widoków), a to oznacza, że musiał być na skraju wyczerpania. A może widział już tyle piękna, że nie odczuwał potrzeby uwiecznienia jej jeszcze większej ilości.




Pierwsze zapoznanie z Kolumbią pozostawia tylko niedosyt i nieodpartą chęć na kolejną wyprawę. Następny kierunek? Kto wie. Na razie trzeba poczekać na wypłatę. Z przyziemnych ciekawostek – cena wejścia na teren parku Tayrona: 13000COP dla Kolumbijczyków, 35000COP dla obcokrajowców. Rasizm? A może czysta kalkulacja zysków?
Czyli to na co pewnie czekacie (ileż można czytać!). Po lewej stronie znajduje się zakładka 'zdjęcia'. Jak narazie są tylko te z Parku Narodowego Tayrona - zapraszam do oglądania.
czwartek, 20 października 2011
Ciekawym jest fakt, że nigdy nie ciągnęło w kierunku mórz, plaż ani palm. Słodkie lenistwo na rozpalonym słońcem piasku nie należy do moich ulubionych zajęć, a sporty wodne też średnio mnie interesują. Pomimo to zazwyczaj ląduje w miejscu nadmorskim, pomimo iż wolałabym bliżej gór. Oczywiście miło czasem pospacerować brzegiem morza przy blasku zachodzącego słońca. Jednak dużo bardziej doceniam morze, jak widzę je raz na jakiś czas. Nie narzekam, ale chcę zaznaczyć, że zdaję sobie sprawę, że jestem obecnie w miejscu (lub jak kto woli bardzo blisko miejsc), które większość ludzi uznałoby za raj. Niedawno wróciłam z Parku Narodowego Tayrona. Jednymi z głównych atrakcji były plaże. Przepiękne plaże. Rajskie plaże. Nie przesadzę jeśli powiem, że widoki były odzwierciedleniem mojego wyobrażenia o karaibskim raju. I o ile gdy widziałam je po raz pierwszy oniemiałam, to już na drugi dzień czułam przesyt. Miałam wyrzuty sumienia, że jestem w tak bajkowym miejscu i nie czuje, że chciałabym tam zostać na zawsze (zapewne w przeciwieństwie do miliona innych ludzi). Dobrze, że nie były to jedyne atrakcje Tayrona, dzięki czemu wycieczka była idealna, bo urozmaicona.

Zdjęcia już wkrótce!
piątek, 14 października 2011
Wracam dziś do domu, a tu witają mnie... ŚWIĘTA! Tak, tak, Święta Bożego Narodzenia! Światełka zapalone, Mikołaje rozwieszone. Nawet skarpeta mikołajowa na drzwiach mojego pokoju wisi - oby chociaż jakiś prezent się w niej pojawił! W pierwszym momencie zaczęłam się zastanawiać jaki to miesiąc, ale po dłużej zadumie nie doszłam do niczego innego jak połowa października! Ja rozumiem, że sklepy nie dają człowiekowi wytchnienia w tym względzie (odkąd przyjechałam są tu już świąteczne dekoracje - bożonarodzeniowe i halloweenowe za jednym zamachem) ale żeby w domu też człowiek nie mógł od tego odpocząć? No zwłaszcza biorąc po uwagę fakt, iż wcześniej obchodzi się tu Halloween, Święto Dziękczynienia i kto wie co jeszcze! Aż strach wracać tu jutro, może przywitają mnie kolędy!
A swoją drogą ciekawe są dekoracje z bałwanem w miejscu, gdzie nie pojawia się śnieg.

Chyba nie pozostaje mi nic innego jak życzyć wam wesołych świąt, skoro już dekorujemy domy to i na życzenia na pewno jest za wcześnie...
środa, 12 października 2011
Bardzo często mam wrażenie, że chyba nie mogłam wybrać kraju, który różniłby się bardziej od mojej Japonii niż Kolumbia. Na pewno mogłam, ale nie zmienia to faktu, iż są to 2 zupełnie inne światy. Nie sposób wymienić wszystkich różnic, które dostrzegłam już po kilkudniowym pobycie tutaj. Jednak kilka z nich chciałam wam przytoczyć. Zaznaczam oczywiście z góry, że są to moje, bardzo subiektywne opinie.
Po pierwsze (od czego by tu zacząć!) ludzie są zupełnie inni. W Japonii mili, ale zdystansowani i często nieśmiali. W szkole, gdy tworzą się zamknięte grupy znajomych najczęściej widoczny jest podział na dziewczynki i chłopców (podział ten często utrzymuje się jeszcze na studiach, choć może już w odrobinę mniejszym stopniu). Kolumbijczycy są mili, otwarci i bezpośredni.
W Japonii ceni się ciszę i spokój. Pamiętam, gdy raz w odwiedzinach u znajomego pokazywał nam on swój keyboard i podłączone do niego słuchawki. Nigdy nie grał tak, aby dźwięk był słyszalny dla otoczenia, bo nie chciał 'hałasem' przeszkadzać sąsiadom. Inny jego kolega stwierdził wtedy, że właśnie z tego powodu zrezygnował z gry na gitarze - nie mógł swobodnie ćwiczyć, bo było to za głośne. W Kolumbii nie ważne czy jest godzina 15, 23 czy 6 rano - słuchanie bardzo głośnej muzyki nie jest tu nigdy problemem (dla słuchającego). Nikt z sąsiadów nie denerwuje się gdy jest głośno, bo sam też często zachowuje się dokładnie tak samo.
Ponadto co ostatnio zauważyłam w Kolumbii to niezbyt przesadne dbanie o estetykę jedzenia. Nie jest przecież istotne w jakiej formie jest coś podane i na jakim talerzu, grunt żeby dobrze smakowało. (Np. u mnie w domu sztućce zawsze stoją na środku stołu w plastikowym wiadereczku po jakimś jedzeniu). Natomiast Japończycy przykładają ogromną wagę do sfery wizualnej. Pamiętam jak zdziwiłam się gdy poczęstowana pokrojonym w kawałki jabłkiem poczułam sól! Kawałki owoców przed podaniem moczone są w słonej wodzie, dzięki czemu nie ciemnieją. Czy jednak warto za tą cenę tracić słodki smak?
Kolejną ciekawostką jest wielkość mieszkań. W Japonii w związku z dużą liczbą mieszkańców i bardzo ograniczoną ilością przestrzeni do zagospodarowania, mieszkania (a raczej mieszkanka) sa miniaturowe. Przestrzeni zawsze jest za mało, najczęściej meble ustawia się inaczej w dzień a inaczej w nocy (np. chowa się futon/materac do szafy) co i tak pozostawia minimalną, wymaganą do poruszania sie po mieszkaniu, przestrzeń. W Kolumbii mieszkania są olbrzymie, dużo większe niż w Polsce (przynajmniej te, które do tej pory widziałam).
Środki transportu... Jak wiadomo Kraj Kwitnącej Wiśni słynny jest z punktualności środków komunikacji publicznej (i nie tylko), jak również z wysokiego zaawansowania technologicznego. Tu gdzie teraz jestem ciężko mówić o punktualności, skoro nigdy nie wiadomo kiedy coś przyjedzie (nie ma rozkładów jazdy) i w którym kierunku zmierzy. Ponadto poziom pojazdów poruszających się po kolumbijskich drogach... nazwijmy to 'daleko odbiega od norm europejskich'.
I na koniec wspomnę jeszcze o stosunku do pracy. Jak powszechnie wiadomo Japończyk = pracoholik. Spędza w pracy większość swojego życia a w skrajnych przypadkach umiera z przepracowania lub popełnia samobójstwo gdy czegoś nie dopatrzy. Kolumbijczycy pracują żeby żyć, a nie żyją żeby pracować. Pracuję tu niecały tydzień a już kilka razy zdarzyło nam się wyjść trochę wcześniej (nie do pomyślenia w Japonii, gdzie często zostawało się po godzinach, nawet gdy nie było takiej potrzeby!!). Poza tym nikt nie kryje się z tym, że ostatnią godzinę (jeśli oczywiście nie ma nic pilnego do zrobienia) spędza na aktywnym wypoczynku i utrzymaniu dobrych stosunków towarzyskich ze współpracownikami.
To jedynie kilka spostrzeżeń, które jak do tej pory rzucają mi się w oczy najbardziej. Zastanawiam się tylko czy naprawdę ludzie mogą różnić się między sobą aż tak bardzo. Czy jedni zapracowują się na śmierć w imię niewiadomo czego, podczas gdy inni cieszą się aktywnie spędzanym czasem z rodziną i przyjaciółmi. Co rzuciło mi się w oczy już w samolocie do Kolumbii to nieznikający ludziom uśmiech z twarzy ludzi, na pewno nie bez powodu.
Wpis wyszedł bardzo na niekorzyść Japonii i bardzo na korzyść Kolumbii co nie było zamierzone. Miejcie jednak na uwadze fakt, iż jestem tu od niedawna i pewne kwestie na pewno w rzeczywistości różnią się od pozorów, które sprawiają na początku a ja jeszcze je idealizuje (co pewnie z biegiem czasu ulegnie zmianie).
czwartek, 06 października 2011
Jak się okazuje, tutejsza temperatura jest nie do zniesienia nie tylko dla mnie ale nawet dla tych, którzy spędzili tu całe swoje życie. W związku z tym, aby choć odrobinę ulżyć sobie w cierpieniu, w miejscach gdzie jest to możliwe, zamontowana została klimatyzacja. I jak się okazuje, nikt na niej nie oszczędza, co oznacza że jest włączona non stop i na możliwie najwyższych obrotach. Z mojego punktu widzenia wygląda to tak: wychodzę z domu prosto w krwiożercze ręce żaru tropików, ostatkiem sił docieram do miejsca z klimatyzacja (dom, autobus, sklep, szkoła), wchodzę do środka, przeżywam szok termiczny a po kilku minutach zastanawiam się dlaczego nie mam przy sobie niczego z długim rękawem (przypominam sobie dlaczego gdy znów wychodzę na zewnątrz i po raz kolejny przeżywam szok terminczny!). Podobno klimatyzacja jest tu znakiem prestiżu. Więc im zimniej tym lepiej!
|