Kategorie: Wszystkie | Kolumbia | codzienność | podróże | wyprawa
RSS
poniedziałek, 24 czerwca 2013

Na wyspach spedzamy 5 dni. Mamy czas na blogie lenistwo, drzemki w hamaku, drinki na plazy przed poludniem... Bardzo popularnym drinkiem San Andres jest coco loco, mozna je kupic praktycznie wszedzie, najlepiej od pana z malej budki na plazy. Drink jest mieszkanka kilku rodzajow alkoholi, baza jest rum, ale tez dodaje sie wodke, tequile, whiskey, aguardiente (ilosc oraz fakt czy dany alkohol w ogole w danym drinku wystepuje zalezy calkowicie od przyzadzajacegoi to co ma pod reka) oraz soku z limonek i mleka kokosowego. Praktycznie w kazdym miesjcu smakuje inaczej. Co ciekawe drinki te podawane sa w kokosie. A kokosow tam pod dostatkiem, wiec kazdy jest jednrazowego uzytku. Sprzedawca przy tobie maczeta odcina wierzch i spod kokosa, wylewa woda a wnetrze owocu wypelnia drinkiem. No i tu w zaleznosci jaki kokos sie trafi, tak duzy drink ci sie dostanie. A w kokocie wiele miejsca nie ma, widocznie dlatego mieszaja tam kilka roznych rodzajow alkoholi. A co jeszcze kazde coco loco ma wspolnego? Jesli wypijesz kilka w pelnym sloncu na plazy, od razu zaczynaja dzialac!

Ale to nie wszystko. Poza slodkim lenistwem mamy tez czas na poznanie kilku okolicznych wysp. Jeden dzien poswecilismy na ‘rejs’ na 2 pobliskie, koralowe wyspy. Obie stricte zagospodarowane pod turystow. Oczywiscie wycieczka sama w sobie nas nie zacheca, bo oznacza to dzien spedzony z grupa innych turystow. Jest to typowa, nadmorska, kolumbijska turystyka masowa. Pakuja ludzi jak sledzie na male lodki i obwoza po wyspach. No ale wyspy byly warte tego poswiecenia. Pierwsza z nich, Oceanario, oczarowala nas, gdyz kolory morza byly nieziemskie, nie moglismy sie napatrzyc. Spacerowalismy, robilismy zdjecia. Pieknie! Po spacerze i pierwszym coco loco tego dnia, lodka zabrala nas na kolejna wyspe, Johnny Cay. Ta wyspa to jedna z glownych atrakcji i najczesciej odwiedzanych miejsc jak jest sie na San Andres. I tam po doplynieciu, na bialym w piasku, w cieniu palm, najpierw zamawiamy obiad, a potem coco loco. Po szybkim zaspokojeniu pragnienia czesc idzie sie popluskac w cieplej, blekitnej wodzie, pomiedzy milionem innych turystow... Pozniej pojawia sie nasz obiad, pyszne lokalne krewetki z typowymi karaibskimi dodatkami jak placki z banana i ryz kokosowy, a takze nasze ulubione coco loco. Jemy, pijemy, czas plynie bardzo przyjemnie i wakacyjnie. Pozniej jeszcze idziemy na spacer wokol wyspy. Robimy mase zdjec, podziwiamy widoki, kolory morza, plaze, male zyjatka pomiedzy koralowcami. Jest bosko. Niestety czas uplywa szybko i tlum turystow zaczyna byc zganiany z powrotem do malych lodek. Tlum ten czeka przy wybrzezu na swoja lodke, podplywaja pojedynczo, pakuja sie ludzmi do pelna i odplywaja. W koncu dociera tez i nasza. Po powrocie, przytloczeni iloscia slonca i procentow, decydujemy sie na chwile regeneracji w hotelu. Pomimo, ze nikt z nas za masowa turystyka nie przepada (lagodnie to ujmujac) to i tak jestesmy szczesliwi i zrelaksowani. I ciagle nie mozemy uwierzyc, ze morze ma tam tyle odcieni. Jestesmy w raju!

Wyspa oferuje jeszcze inne atrakcje dla turystow, ale wiekszosc z nich wyglada podobnie jesli chodzi o grupowosc ludzi i wycisniecie z nich jak najwiekszej ilosci pieniedzy jak najmniejszym wysilkiem. Dochodzimy do wniosku, ze jedna wycieczka nam wystarczy w tym temacie. Decydujemy sie jednak na jeszcze inne atrakcje, juz mniej grupowe, a wlasciwie ograniczajace sie do naszej, 4-osobowej grupy. Jeden dzien poswiecamy na eksplorowanie naszej wyspy, San Andres. Aby moc to zrobic wyspa oferuje wynajem... samochodzikow golfowych, ktorymi mozna objechac wyspe dookola. Hmm, myslimy – dlaczego nie? I juz przed poludniem zasiadamy w naszej nowej furze. Mamy wrazenie ze trafil nam sie najwolniejszy samochodzik golfowy na wyspie, gdyz kazdy inny zdaje sie nas wyprzedzac bez problemu. Ale nie przeszkadza nam to w ogole, mamy wiecej czasu na podziwianie rajskich widokow :) zatrzymujemy sie w kilku miejscach na odpoczynek i regenerujacy napoj i podziwianie widokow. Okazuje sie, ze piekne, biale plaze sa tylko z jednej strony wyspy, z drugiej zamiast piasku sa czarne skaly. Wyglada ciekawie, ale zdecydowanie uniomozliwia plazowanie. Teraz rozumiemy dlaczego cale tustyczne zagospodarownia wyspy znajduje sie w jednej czesci wyspy. Podjezdzamy tez do jakiejs jaskini, ale slyszymy wiele opinii, ze nie warto i jak pan przy wejsciu podaje nam wygorowana cene biletu to rezygnujemy. Dzieki predkosci naszego pojazdu, na objechaniu wyspy spedzamy wiekszosc dnia.

Kolejna atrakcja na jaka sie tam decydujemy sa skutery wodne. Okazuje sie to byc duzo wieksza zabawa niz poczatkowo oczekuje.

Poza tym juz tylko lezenie, jedzenie, odpoczywanie, spacerowanie, zakupy i niesmiertelne coco loco, czasem z przerwa na piña colade. Jest bosko. Niestety czas uplywa i nadchodzi moment wylot. I pomimo, ze dla mnie ten czas jest wystarczajacy na rajskiej wyspie to widze niedosyt na twarzach towarzyszy. Wszystko co dobre konczy sie zbyt szybko.

18:44, monikaencolombia
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 czerwca 2013

San Andres to wyspy karaibskie lezace ok 750km od wybrzeza Kolumbii.Administracyjnie naleza do Kolumbii, jednak odleglosciowo najblizej im do Nikaragui, i jest to teren sporny pomiedzy tymi krajami. Kilka miesiecy temu Nikaragua wywalczyla wiekszy obszar morski wokol wysp, same wyspy zostaly jednak w granicach Kolumbii, jednak nie wiadomo jaki obrot sprawy przybiora w przyszlosci. San Andres sa uwazane w Kolumbii za raj, i faktycznie takich plaz i przede wszystkim takiego koloru wody na kolumbijskim wybrzezu nie uswiadczysz. Czesto nazywa sie ten obszar morzem 7 kolorow. I dopuki nie zobaczy sie tego na wlasne oczy to ciezko uwierzyc! Same wyspy, pomimo iz faktycznie sa karaibskim rajem jesli chodzi o krajobrazy, to niestety borykaja sie z problemami ekonomicznymi. Biede widac na kazdym kroku, a mieszkancy wykorzystuja kazdy mozliwy sposob, aby zarobic cos na turystach.

Po okolo 2-godzinnym locie ladujemy na upragnionej wyspie. Wita nas upal, lecimy z centralnej czesci kraju, wiec do upalow nie jestesmy jeszcze przyzwyczajeni. Wychodzimy z lotniska i od razu obskakuje nas kilku taksowkarzy oferujacych swoje uslugi. Wybieramy jednego i idziemy z nim w kierunku jego taksowki. Juz wydaje nam sie ze jestesmy w innym kraju. Ludzie wygladaja inaczej, mowia z innym akcentem, a samochod nie przypomina niczym malych, zoltych taksowek jezdzacych po calej kontynentalnej czesci kraju. Brak klimatyzacji maja teoretycznie rekompensowac otwarte okna... Jest niedzielne popoludnie i wyspa wydaje sie opustoszala. Jestesmy wykoczneni, chcemy tylko dotrzec do hotelu i troche odpoczac. Najpierw docieramy do hotelu, gdzie zatrzymuje sie moja rodzina. Pomagamy im w zameldowaniu sie, bo pomimo iz teoretycznie na wyspie jezyk angielski ma byc rownie powszechny jak hiszpanski, okazuje sie ze nie jest! W ogole nie jestem zdziwiona. Po chwilowym relaksie w klimatyzacji, ja i moj towarzysz wyruszamy na poszukiwanie naszego ‘hotelu’. W zwiazku z tym, ze chcemy zoszczedzic na noclegu, przed wyjazdem robimy rezerwacje na pokoj w jakims pseudo-hotelu, ktory okazuje sie byc czyims domem. Gdy tam docieramy jest juz pozne popoludnie. Wita nas wlascicielka, podajac nam brudna z jedzenia reke... i zaprasza nas do srodka. Siada w swoim bujanym fotelu i zaczyna sie dluga i malo znaczaca rozmowa o niczym. Jestesmy wykonczeniu i nie mozemy sie juz doczekac prysznica, a ona ciagle gada o czyms co nie jest w stanie nas zainteresowac. W koncu przechodzi do sedna sprawy i sytuacja sie wyjasnia. Poprzedni goscie jeszcze nie opuscili naszego pokoju, ale ‘lada chwila’ powinni wrocic i sie wyniesc...  Rece mi opadaja. Nie mam sily nawet podniesc sie z krzesla na ktorym siedzie, a wlascicielka zacheca nas do spaceru na pobliska plaze, co wcale nie wrozy, ze nasz pokoj zwolni sie ‘lada chwila’. Na szczescie mamy ze soba niezawodny przewodnik lonely planet, ktory wiele razy ratowal mnie w trudnych sytuacjach. Znajdujemy tam numery telefonow do kilku innych hoteli i hosteli, dzwonimy, wybieramy wzglednie najtanszy i wzglednie w porzadku i, korzystajac z nieobecnosci wlascicielki, uciekamy i juz wiecej tam nie wracamy. Nasz nowy hotel jest w porzadku, blisko centrum, momentalnie doceniamy fakt ze posiada prysznic i klimatyzacje. Chwile regenerujemy sily i zaraz spotykamy sie z reszta naszej wycieczki, zeby zaspokoic wilczy glod, ktory towarzysz nam juz od dlugiego czasu. Po kolacji spacerujemy jeszcze po centum, a gdy znow tracimy sily siadamy na tarasie jednego z barow i popijajac lokalne trunki wsluchujemy sie w szum morza. Zmeczenie jednak daje nam sie we znaki, wiec postanawiamy wrocic do hoteli i po prostu dobrze sie wyspac. W koncu przed nami kilka ciezkich dni blogiego lenistwa!

13:57, monikaencolombia
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 10 czerwca 2013

Kolejnego dnia budzimy sie wreszcie wypoczeci, zrelaksowni i staramy sie zapomniec o historii poprzedniego wieczoru. Po sniadaniu czekamy na umowiona taksowke, ktora ma zabrac nas w miejsce, gdzie mozna polatac! W drodze do Medellin udaje nam sie zarezerwowac loty i tym razem mamy pewnosc, ze sie uda. Po dotarciu na miejsce, czekamy jeszcze troche, gdyz okazuje sie ze wiatr nie jest wystarczajaco silny. Tzn. jesli chcemy to leciec mozemy, ale jak poczekamy to bedziemy sie mogli wzbic wyzej i podziwiac piekniejsze widoki. Tak wiec decydujemy sie zaczekac. I faktycznie warto. Widoki sa przepiekne, z jednej strony miasto, z drugiej gory, nieziemsko. Wznosimy sie wysoko, chwilami nawet wyzej niz ptaki, niesamowite.


Po wymianie wrazen, wracamy do Medellin. Jemy obiad i spacerujemy po centrum. Pozniej jedziemy do Pueblito Paisa, niewielkiej rekonstrukcji typowego dla tego regionu miasteczka. Jest pieknie i spokojnie. Spacerujemy wokol i robimy duzo zdjec. Siadamy na chwile na tarasie kawiarni z widokiem na miasto, gdzie probujemy odzyskac troche energii.


Nastepnie chcemy przejechac sie ktoras z dwoch kolejek gondolowych, zeby moc podziwiac piekne widoki na miasto. Niestety okazuje sie, ze jedna jest w remoncie, wybieramy wiec druga, jednak dojezdzamy tylko do polowy. Druga czesc, ktora wyjezdza wysoko i dociera do niesmowicie duzego parku, jest zamknieta, z uwagi na zbyt duza liczbe turystow w parku. No niestety tak wlasnie wyglada Wielkanoc w Kolumbii (jak i kazde inne swieto), ludzie sa wszedzie i to zawsze w zbyt duzych ilosciach! Po poludniu spacerujemy jeszcze w okolicy parku swiatla, ktore jest przepiekne, zwlaszcza po zmroku. Medellin jest niesamowite i zalujemy, ze mamy tam tak malo czasu. Jestesmy zmeczeni, wiec wracamy do naszej dzielnicy i tam jeszcze siadamy na jakims ogrodku, co okazuje sie nie latwe, gdyz wszystkie wydaja sie byc przepelnione ludzmi. Pozniej decydujemy dokupic jakies trunki i dokonczyc je w hotelu. Oczywiscie zasypiamy pozno i rano ledwo udaje nam sie zdarzyc na sniadanie. Po czym znow bieg, bo jakos jak wieczorem planowalismy dzien to cos zupelnie nam to czasowo inaczej wygladalo. Nagle okazuje, ze mamy go zdeydowanie za malo. Wczoraj jeszcze myslelismy gdzie by sie tu przejsc do poludnia i jeszcze troche nacieszyc sie miastem. Nagle okazuje, ze czasu nie mamy nawet zeby sie spokojnie spakowac! Wiec szybkie pakowanie, w miedzy czasie ja ze szwagrem biegniemy na poszukiwanie kantoru, oczywiscie wszystko okazuje sie zamkniete w swieta! Recepcjonistka poleca jakies centrum handlowe, wiec jedziemy na szybko taksowka, na szczescie w swiateczny poranek nie ma korkow. Oczywiscie w centurm handlowym okazuje sie, ze kantor owszem jest, ale otwieraja dopiero za godzine... Nie mamy tyle czasu. Wracamy do hotelu, konczymy dopinanie toreb i pedzimy na dol, gdzie zaraz ma podjechac po nas znajomy taksowkarz. A taksowka jedziemy juz na lotnisko i dalej na wyczekiwane przez wszyskich wyspy San Andres, czyli karaibski raj! W samolocie blogo zasypiamy.


03:44, monikaencolombia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 czerwca 2013

O umowionej godzinie czekamy na wlasciciela w holu naszego hotelu. Pojawia sie z asystentka i wszyscy razem idziemy na parking. Wlasciwie to czego oczekujemy to podpisanie odpowiednich dokumentow, oddanie im kluczykow, uscisniecie dloni i pozegnanie. Jak bardzo sie mylimy!

Oczywiscie zaczynamy od opowiesci naszej przygody z pustyni. Pomimo, ze wtedy do niego dzwonilismy, to wyglada na to jakby wcale o tym nie pamietal. A opowiedziec cos musimy, bo pomimo, ze samochod udalo sie otworzyc to jednak w pewnym stopniu ucierpial. A mianowicie nie dalo sie otworzyc drzwi kierowcy od zewnatrz, mozna bylo jedynie od wewenatrz, widocznie samochod nie byl wystarczajaco odporny na drastycznosc roznych prob otworzenia go. Tak wiec przedtawiamy mu pewna historie przygotowana na ten cel, nie zamierzamy opowiadac mu szczegolowo w jak wielu miejscach i jak duze maczety probowaly otworzyc jego samochod. Oczywiscie jestesmy gotowi zaplacic za szkode, wlasciwie wolimy zaplacic jemu niz tracic czas na szukanie jakiegos warsztatu. Jednak wlasciciel wydaje sie calkowiecie nie przejmowac ta kwestia, co jest pierwszym sygnalem, ktory daje nam do myslenia. Zamiast tego, wraz z asystentka zaczynaja ogladac samochod z kazdej mozliwej strony, nawet praktycznie kladac sie na ziemi i zagladajc pod spod. Przygladmy sie temu z olbrzymim zdziwieniem. Pozniej notuja mnostwo informacji w swoich papierach i zwracaja sie do nas. Okazuje sie, ze znalezli 2 lekkie zadrapania, ktore niby nie byly zaznaczone jako istniejace podczas przekazywania nam samochodu w Bogocie. Patrzymy na nich ze zdziwieniem i probujemy znalesc te zarysowania, ktore okazuja sie byc ledwo widoczne. Wybuchamy smiechem, bo okazuje sie, ze to nagle wielki problem (a niesprawne drzwi nie sa nim w ogole)! Probujemy wytlumaczyc, ze w Bogocie nikt az tak szczegolowo sie temu samochodowi nie przygladal, a przy tych waskich uliczkach w centrum miasta, nawet nie bylo miejsca, zeby dostrzec tak nisko polozone i tak slabo widoczne ryski. Jednak ich nie interesuja zadne argumenty, wiedza swoje. Na szczescie mamy juz ze soba kolumbijskiego towarzysza, ktory przejmuje rozmowe i ze stoickim spokojem probuje wybrnac z tej absurdalnej sytuacji. Jednak wlasiciciele wydaja sie w ogole nas nie slyszec i slepo powtarzaja, to co oni mysla o calej sytuacji, czyt. twoja wina = plac! W ogole nie mozemy zrozumiec dlaczego zapominaja o zepsutych drzwiach, za ktore bez gadania bysmy zaplacili, a czepiaja sie czegos czego przewie nie widac, no ale nie chcemy im jeszcze dodatkowo o tej duzej usterce przypominac. Gdy prosze wlasiciciela, aby mi pokazal to zarysowanie, ktore wg niego jest najgorsze i calkowicie psuje wizualna strone samochodu – nie moze go znalezc... co oczywiscie zmusza go do zmiany frontu i nagle ta druga rysa staje sie problemem nie do obejscia... My juz lapiemy sie za glowy i smiejemy z absurdalnosci tego, co sie w okol nas dzieje. Jedyne czego sie obawiamy, to fakt, ze w Bogocie trzeba bylo podpisac zgode na zablokowanie pewnej kwoty pieniedzy na karcie kredytowej, jako zabezpieczenie dla wlasciciela w razie problemow. Tak wiec teraz boimy sie, ze beda chcieli nas obciazyc i to nie wiadomo jak droga ta rysa nagle sie stanie. Sytuacja staje sie coraz bardziej nerwowa, gdy czas uplywa a oni jak papugi powtarzaja dokladnie to samo.

W miedzy czasie podaja przerozne ceny za rysy (ktore wydaja sie byc BARDZO wygorowane). Ich plan dzialania zmienia sie co chwile. Raz chca obciazyc karte, bo ze nie znaja ceny i dopiero trzeba kogos kto wyceni. W zwiazku, z tym ze absolutnie sie na to nie zgadzamy to chca to wszystko przelozyc na kolejny dzien, co dla nas rowniez jest nie do przyjecia (co za pomysl w ogole, ile czasu jeszcze mam na to stracic!), pozniej zmieniaja zdanie ze moze jednak byc gotowka, pozniej ustalamy ze jednak nic nie zaplacimy i prawie juz gosc podpisuje dokument odbioru, gdy jednak nagle stwierdza ze musimy zaplacic... zmianom nie ma konca, a my juz sami nie wiemy czy smiac sie im w twarz czy im przywalic. Pomijajac mase kolejnych absurdalnych pomyslow, na ktore chcieli zebysmy sie zgodzili, ostatecznie (po ponad 2 godzinach!!) wlasiciciel odjezdza z 20 000 pesos w kieszeni i teoretycznie wszystkimi dokumentami podpisanymi. My jednak nie mamy do konca pewnosci czy wszystko bedzie ok, po takiej akcji spodziewamy sie po nich wszystkiego (niestety niczego dobrego). W ogole nie rozumiemy, dlaczego musielismy stracic 2 godziny, mase nerwow i ostatecznie zaplacilismy za zepsute drzwi a nie za rysy... i to smieszna kwote (mniej wiecej 35zl...). Jak nie wiadomo o co chodzi to zawsze chodzi o kase, i tego tez sie spodziewalismy jak zaczeli kombinowac. Ale czy naprawde nie szkoda im bylo tyle czasu i zachodu o 35zl?? Zwlaszcza ze chcielismy za to zaplacic na poczatku i na pewno bez gadania dalibysmy im duzo wiecej nie znajac dokladnych cen. Jesli ktos doszuka sie logiki w tej historii to bardzo chetnie ja uslysze!

Cieszy nas tylko fakt, ze udalo nam sie to zalatwic wieczorem, a nie jak zakladal poczatkowy plan, kolejnego dnia przed poludniem. Wtedy dopiero starcilibysmy nerwow, majac juz rezerwacje na paralotnie, co napewno akcja z samochodem by uniemozliwila.

20:11, monikaencolombia
Link Dodaj komentarz »

Medellin jest drugim, co do wielkosci miastem Kolumbii, jest kulturalna stolica kraju, jedynym miastem posiadajacym system metra, polaczony z 2 kolejkami gondolowymi, ktore rowniez sluza jakos srodek transportu i do tego miejscem z idealna pogoda (nazywane jest miastem wiecznej wiosny). Sami Kolumbijczycy mowia, ze w Medellin czuja sie jak w innym kraju, miasto wyglada inaczej niz inne i mentalnosc ludzi jest tez odmienna, czesto slychac porownania do stylu eurpoejskiego (hmm chyba latynoskiej wersji stylu europejskiego). Medellin ma niestety niechlubna przeszlosc. Jeszcze w latach 90. mieszkal i dzialal tam Pablo Escobar, założyciel i szef najwiekszego kolumbijskiego kartelu narkotykowego. W tym czasie miasto nalezalo do jednych z najniebzpieczniejszych na swiecie – korupcja, strzelaniny, morderstwa, uprowadzenia byly na pozadku dziennym. Obecnie Medellin pozbywa sie tej opinii, jednak dalej jest miastem niebezpiecznym, z ta roznica, ze teraz ogranicza sie to do pewnych (zazwyczaj najbiedniejszych) dzielnic, ktorych przecietny turysta, a nawet mieszkaniec miasta, nie odwiedza.

Pierwszy wieczor spedzamy w przyjemnej dzielnicy el Poblado, ktora skupia wieszkosc hoteli i barow i tam tez tetni zycie nocne miasta. Nastepnego dnia rano mamy oddac samochod, dzwonimy jeszcze do wlasciciela zeby potwierdzic godzine i okazuje sie, ze moze go odebrac nawet dzis wieczorem, co wlasciwie bardzo nam odpowiada, bo nie bedziemy musieli tracic juz czasu nastepnego dnia. Zrelaksowani pijemy jeszcze spokojnie piwo w oczekiwaniu na jego przyjazd, nawet w najmniejszym stopniu nie spodziewajac sie tego co ma nas niedlugo czekac...

20:02, monikaencolombia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 maja 2013

Rano wstajemy i znow sie pakujemy, przed nami kolejna zmiana krajobrazu. Po sniadaniu, milych podziekowaniach i zaproszeniach do powrotu od gospodarzy i po ostatniej, krotkiej zabawie z 4 miesiecznym szczeniaczkiem, ktory wreszcie sie z nami oswoil, pakujemy sie do samochodu i wyraszamy do Medellin.

Po drodze znow musimy przejechac przez nasza ulubiona Pereire, i znow (tym razem juz z mapa) opracowujemy genialna trase, i znow nasz plan zawodzi... Pomimo pewnych watpliwosci podazamy za znakami zamiast za zdrowym rozsadkiem i zamiast wjechac na autostrade jedziemy do Pereiry jakimis wiejskimi drozkami. Co prawda zaoszczedzamy na najdrozszych kolumbijskich bramkach i ostatecznie dojezdzamy do celu, ale jednak troche pozniej niz sie tego spodziewamy. Za Pereira wjezdzamy juz na autostrade, ale chwile pozniej (znow za namowa znakow, ktore twierdza, ze kilometrowo to niedaleko), decydujemy sie pojechac do Santa Rosa, zeby zobaczyc termalne wodospady! Co prawda w Medellin czeka juz na nas kolejny towarzysz podrozy, ale skoro jestemy tak blisko to postanawiamy je zobaczyc ‘na szybko’. Oczywiscie ilosc kilometrow ma marne przelozenie na wymiar czasowy, gdyz nie zdajemy sobie sprawy z drogi, ktora tam prowadzi. Im blizej celu tym wolniej sie poruszamy, w pewnym momencie nie ma szans, zeby jechac szbciej niz 20km/h. U celu znajduja sie 2 wodospady, a obydwa polaczone sa z basenami termalnymi. Oczywiscie nas baseny akurat tego dnia nie interesuja, chcemy po prostu zobaczyc te piekne wodospady. No i tak, przy wejsciu do pierwszego okazuje sie, ze za bramka trzeba jeszcze kilka minut wedrowki i dopiero wtedy dociera sie do wodospadu, oczywiscie oplata za wstep obejmuje rowniez korzystanie z basenu i nijak nam sie to nie kalkuluje, zeby tylko ten wodospad zobaczyc. Kasjerka jest nieugieta i nie ma innej (czyt. tanszej) opcji, zeby zobaczyc wodospad. Odjezdzamy majac nadzieje, ze moze z drugim bedziemy miec wiecej szczescia. Dojezdzajac co celu juz go widzimy, wyglada imponujaco. Zaraz przy nim znajduje sie hotel i oczywiscie baseny termalne. I tu rowniez obowiazuje ta sama zasada odnosnie platnosci. Udaje nam sie jednak wynegocjowac, ze wejdziemy za darmo tylko zobaczyc wodospad i zrobic zdjecia. Towarzyszy nam jeden z pracownikow, ktory przy okazji okazuje sie swietnym zrodlem informacji. Wodopad wyglada bardzo ciekawie, gdyz jego woda ma 50stC i unoszaca sie wokol niego para sprawia niezapomniane wrazenie. Oczywiscie wode do basenu dostarczaja zimna, aby troche zniwelac te 50stC i ktos mial mozliwosc sie w tej wodzie wykapac. I oczywiscie sie kapia. Po kilku westchnieniach zachwytu i kilku zdjecia wracamy do samochodu. Na szczescie bez wiekszych problemow udaje nam sie wrocic na autostrade.

Odwiedzamy jeszcze Manizales, 3 miasto kawowego trojkata, ktore rowniez nas nie zachwyca i dalej juz prosto do Medellin. Droga prowadzi znow przez teren gorzysty, wiec znow jedziemy troche wolniej niz bysmy tego chcieli, ale za to widoki nam to rekompensuja. W pewnym momencie dopada na tez ulewa, zaczyna i konczy sie tak samo nagle, a podczas jej trwania praktycznie w ogole sie nie poruszamy. Wyglada na to, ze Kolumbijczycy nie sa zbyt dowiadczeniu w porowadzeniu w takich warunkach.

03:03, monikaencolombia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 maja 2013

Kolejnego dnia postanawiamy odwiedzic plantacje kawy, w koncu jestesmy w Kolumbii i do tego w regionie, gdzie wlasnie sie ja uprawia. Oczywiscie nie wiemy gdzie jechac, wiec po informacje udajemy sie do naszego gospodarza, zawsze chetnego do pogawedki i pomocy. Chwile pozniej siedzi razem z nami w samochodzie i po drodze opowiada o plantacjach bananowcow (ktore wlasnie mijamy), o uprawie kawy oraz kakowca w regionie. Skrecamy w coraz to wezsze uliczki i, jak juz mamy wrazenie ze dalej nie przedrzemy sie samochodem, docieramy do celu. A celem okazuje sie plantacja kawowa znajomego naszego gospodarza. Bardzo nam sie podoba, gdyz nie ma tam innych turystow. Gospodarz plantacji jest bardzo skory do przekazania nam (wydawac by sie moglo) wszystkich informacji jakie posiada i w to tempie takim, ze ledwo nadazalam cokolwiek tlumaczyc na polski. Oczywiscie pewnie jest to i tak tylko polowa tego co ja uslyszalam, bo gospodarz nie zwraca kompletnie uwagi na to ze tlumacze, ani nie czeka az skoncze, zeby zaczac swoj kolejny slowotok. A w swoim gospodarstwie ma chyba wszystko, wiec podziwiamy i kawe (lacznie z calym procesem przetwarzania ziaren już po ich zebraniu) i drzewa owocowe i warzywa i zwierzata i cala mase kwiatow tropikalnych i nawet kolumbisjkie robale! Doslownie wszystko! Zostajemy tez zaproszeni do jego domu, gdzie raczy nas (trzecia juz!) filizanka kawy, oczywscie z wlasnej produkcji. Po tym intensywnym i pelnym informacji przedpoludniu jestesmy wykonczeni, a przynajmniej ja, ktora nie mialam za wiele czasu na podziwianie tego co widzielismy, a staralam sie zachowac jako taka harmonie miedzy tym co gospodarz nam opowiada, tym co tlumacze a tym co moja rodzina w miedzy czasie jeszcze mnie pyta (albo nakazuje zapytac gospodarza), przerywajac mi moje marne proby nie pogubienia zbyt waznych informacji, ktore chce im przekazac od gospodarza.

Po chwilowym odpoczynku, ze wzmocnionymi silamy wracamy do Salento. A wracamy tam tylko i wylacznie dlatego, ze ponoc mozna tam polatac na paralotniach, a od kilku dni juz o tym rozmawiamy. Niestety w Salento dowiadujemy sie, ze jednak nie ma tam takiej mozliwosci, polecono nam jechac do Bellavista, niestety tego dnia nie mamy juz wystarczajaco czasu. Postanawiamy,w takim razie, jechac do doliny, ktora dnia poprzedniego odpuscilismy ze wzgledu na deszcz. Po dojechaniu na miejsce, decydujemy najpiew zjesc obiad i troche odpoczac. Po obiedzie wyruszamy na spacer, jednak niestety nie mamy juz zbyt wiele czasu, gdyz ciemno robi sie juz ok 18, a nie chcemy tam chodzic po zmroku. Tak wiec chwile spacerujemy po dolinie Cocora, podziwiamy piekne, wysokie palmy, robimy zdjecia i oddychamy gleboko swiezym powietrzem.

Natepnego dnia jestesmy zdeterminowani, to juz ostatni dzien w zona cafetera, wiec jedziemy na poszukiwanie paralotni. Najpierw jedziemy do miejscowosci, w ktorej po drodze do naszej finca pierwszego dni widzielismy reklamy o lotach – to wlasnie poddalo nam pomysl. Niestety okazuje sie, ze reklama nie oznacza, iz faktycznie w tej miejscowosci mozna polatac.. jednak znajdujemy jakis punkt informacji turystycznej i dostajemy mape gdzie jechac, sa 2 miejsca, wybieramy to blizsze. Blizsze, ale jednak nie takie bliskie. Troche czasu schodzi zanim tam dojezdzamy. Miejscowosc polozona wysoko na wzniesieniu, dzieki czemu widoki sa nieziemskie, jednak po dotarciu do celu nikt nie potrafi nam powiedziec gdzie te parolotnie... w koncu jeden sprzedawca uliczny mowi, ze to organizuja przyjaciele kogos kogo zna i biegnie poszukac tego kogos. Oczywiscie okazuje sie, ze akurat tego kogos nie ma. Zastanawia nas, ze w tak malej miejscowosci nikt nie wie o takiej atrakcji. Zjezdzamy z powrotem na dol i postanawiamy sprobowac jeszcze w tej drugiej miesjcowosci – jak juz pisalalam, jestesmy zdeterminowani. Po drodze jednak napotykamy kolejny punkt informacji i postanawiamy dopytac o co chodzi. Okazuje sie, ze mapka nie jest wystarczajaco szczegolowa.. i to wcale nie w Bellavista te paralotnie a obok niej! Zaraz niedaleko miejsca, gdzie wlasnie jestesmy. Nadzieja powraca, chociaz dochodzimy do wniosku, ze brak latajacych paralotni nie jest dobrym znakiem. Docieramy w koncu na miejsce i dowiadujemy sie, ze paralotnie sa! Ale loty trzeba rezerwowac z conajmniej 3 dniowym wyprzedzeniem... Zrezygnowani poddajemy sie. W zwiazku z tym, ze zostalo nam juz niewiele popoludnia, postanawiamy odwiedzic miejsce do ktorego jakos nam sie nie spieszylo (chociaz nasi gospodarze nie mogli uwierzyc, ze nie chcemy tam jechac!). Miejsce nazywa sie park kawowy, jednak z kawa nie ma on wiele wspolnego. Jest to po prostu park rozrywki. Oczywiscie dojezdzajac na miejsce witaja nas tlumy turystow, przepelnione parkingi i pobocza drog a takze glosni i wszedzie obecni uliczni sprzedawcy doslownie wszystkie co turyscie mozna wcisnac.. ale nie dajemy sie zniechecic i wysiadamy.Okazuje sie ze wcale nie musimy placic za korzystanie z roznych atrakcji parku rozrywki, jakos nie mamy ochoty na karuzele czy gorskie kolejki. Jednak mozna sie przejchac pseudo-kolejka gondolowa, z przyjemnymi widokami. Na dole, wita nas zaplecze gastronomiczne, gdzie spedzamy troche czasu i wracamy na gore. Potem juz tylko powrot do naszej finca, w koncu trzeba sie spakowac i z samego rana wyruszyc znow w dluga droge do Medellin.

16:47, monikaencolombia
Link Dodaj komentarz »
piątek, 17 maja 2013

Mielismy jechac do doliny Cocora, zeby zobaczyc najwyzsze palmy na swiecie. Ale dochodzimy do wniosku, ze spacer po deszczu, w blocie do kolan, zdecydowanie nas nie zacheca. Tak wiec chwile studiujemy przewodnik i decydujemy sie pojechac do Pereiry, kolejnego z 3 miast kawowego trojkata. Jak postanawiamy, tak tez robimy i juz za chwile jestesmy na autostradzie. Niestety, pomimo ze droga daleka nie jest, natykamy sie na bramki, na ktorych trzeba uiscic oplate za korzystanie z drogi. Okazuje sie to najwyzsza oplata na trasie, jaka do tej pory placimy. Juz zaczynamy miec wątpliwości czy to byl dobry wybor. Musimy przeciez jeszcze wrocic, i zaplacic kolejny raz! Ale nie tracimy optymizmu, jedziemy dalej. Dojezdzamy do Pereiry chyba w godzinach szczytu, gdyz ruch jest niesamowicie duzy, a im blizej centurm jestesmy tym wolniej sie poruszamy. Gdy juz docieramy do centurm zaczyna sie kolejny problem. Gdzie zaparkowac? No wlasnie, co prawda podziemnych parkingow duzo, ale kazdy wydaje sie byc zdecydowanie zbyt maly i oczywiscie pelny. W jednym pan stwierdza, ze jak zostawimy mu kluczyki (zeby w razie potrzeby mogl przestawic nasz samochod) to mozemy zaparkowac. Wszyscy wybuchamy smiechem i odjezdzamy. Hmm zostawic obcej osobie kluczyki do nie naszego samochodu? I to w Kolumbii? W koncu, kawalek za centrum udaje sie zaparkowac przy ulicy. Pan-pseudo-parkingowy (to chyba nawet nie byl parking, a pan wcale nie byl tam zatrudniony, no chyba ze zatrudniony sam przez siebie) stwierdza ze popilnuje nam samochodu, sprawdza dokladnie, czy napewno zamknelismy wszystkie klamki i kaze nam isc.. niezbyt pewnie, ale ostatecznie zostawiamy samochod pod jego „opieka”. Tak wiec ciekawi co nas czeka w nowym miejscu idziemy w kierunku glownego placu, oczywsicie placu Boliwara – nie mogloby byc inaczej. No i jednak nie zaliczamy miasta do naszych ulubionych. Tak, plac jest calkiem ladny (jak i w innych miejscowosciach), jest oczywiscie pomnik Bolivara, jest tez kosciol. No i wlasicwie to tyle.

Spedzamy troche czasu na poszukiwaniu kantoru i internetu (nasza finca niestety nie jest podlaczona do sieci, coz za zaskoczenie!). Pijemy jeszcze chlodne piwko, w cieplym, popoludniowym sloncu (wykluczajac z tego kierowce, rzecz jasna) i wyruszamy w droge powrotna, gdyz zachodzace slonce przypomina nam jak szybko robi sie tu ciemno a ciemnosci nie ulatwiaja poruszania sie po nieznanym terenie. Przy wyjezdzie pakujemy sie prosto w jakis straszny korek. Zmeczeni i zdegustowani, usmiechamy sie z ugla, gdy wreszcie opuszczamy Pereire. Oczywiscie zaraz robi sie ciemno. Nasz, wydawac by sie moglo genialny, plan odnosnie drogi powrotnej okazuje sie jednak nie tak genialny gdy konczymy znow w Armenii, zamiast zjechac wczesniej do naszej finca. No coz, na drugi dzien gdy przygladamy sie mapie, nasz pomysl na droge powrotna przestaje byc genialny i juz nie dziwimy sie ze wyladowalismy w Armenii. A w Armemii oczywiscie gubimy droge, gdyz na kazdym skrzyzowaniu sa rozne znaki i juz sami nie wiemy jak je interpretowac i gdzie jechac. Zatrzymujemy sie przy pewnym malym sklepie monopolowym.. oczywiscie tylko i wylacznie zeby zapytac o droge, a zupelnie przy okazji robimy tez tam male zakupy na wieczor. Chyba wyczuwamy, ze bedzie nam to bardzo potrzebne. W koncu, juz w beznadziejnym zmeczniu, postanawiamy skorzystac z naszego sprawdzonego planu i prosimy jakiegos taksowkarza, zeby nas poprowadzil do drogi wyjazdowej. Gdy docieramy do naszego gospodarstwa padamy na lozka, a chwile wczesniej wykonane zakupy wydaja sie duzo mocniejsze niz sa w rzeczywistosci.

 

00:12, monikaencolombia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 maja 2013

No i dojezdzamy do Zona Cafetera. Droga jest dluga, czesciowo troche nudna, kilka godzin jazdy prosta droga potrafiloby uspic nawet najbardziej wypoczetego czlowieka. Ostatnia czesc trasy, ktora teoretycznie wydaje sie krotka prowadzi przez teren gorzysty, tak wiec wysokosc, oraz mnogosc ostrych zakretow powoduje, ze na jej pokonanie potrzebujemy duzo wiecej czasu niz sie spodziewamy. Troche tez czas ten wydluza sie z powodu naszych przystankow, czesto widoki sa tak nieziemskie, ze nie da sie nie zatrzymac i nie zrobic kilku zdjec. No i oczywiscie rowniez i kierowca chce troche nacieszyc sie widokami, a nie tylko w skupieniu na drodze i kolejnych, zbyt ostrych i waskich zakretach, starac sie z nich nie wypasc. Bo jak juz wiemy, nawet na prostej kolumbijskiej drodze chwila nieuwagi moze nie skonczyc sie zbyt dobrze, nie chcemy sobie nawet wyobrazac co mogloby sie stac w takich warunkach, zwlaszcza widzac przed nami, na jednym z tym ostrych zakretow, jakis inny samochod wyprzedzajacy na trzeciego, ze zdecydowanie za duza predkoscia. O ile pierwsza czesc trasy troche nas znudzila, tak ta ostatnia wrecz przeciwnie.

W Zona Cafertera najpierw dojezdzamy do miejscowosci o malo oryginalnej nazwie – Armenia. Jest to jedno z trzech miast, ktore tworza tzn. trojkat kawowy, czyli mniej wiecej wyznaczaja granice Zony Cafetera. Armenia zostala zniszczona przez trzesienie ziemii i tym tez tlumacza brak wielu atrakcji turystycznych. Centrum jest ladnie odnowione, ale stanowi wlasciwie jeden deptak, pelny sklepow odziezowo-obuwniczych, prowadzacy do placu. Oczywiscie placu Boliwara, na ktorym stoi kosciol, a takze pomnik (jakze ianczej) oczywiscie tez slynnego pana Boliwara. Spedzamy tam chwile, odpoczywajac po dlugiej trasie, robimy kilka zdjec, zbieramy troche map i folderow od punktow informacji turystycznej, jemy obiad, pijemy kawe (wreszcie dobra – wg. opinii moich wspoltowarzyszy kawoszy, ja nie przepadam wiec sie nie znam, ale fakt faktem, ze wreszcie jej kolor nie jest przeswitujacy...). I jedziemy dalej. Dojezdzamy do Montenegro i juz tam niedaleko mamy spotkac gospodarza naszego noclegu na kilka najblizszych nocy. Spotykamy sie z nim w umowionym punkcie i dalej jedziemy za nim. Wydaje sie, ze juz dalej od cywilizacji odjechac nie mozemy. Jedziemy dosc dlugo ciemna, waska uliczka, po obydwu stronach widac tylko plantacje bananowcow i, od czasu do czasu, pojedyncze zabudowania. Za kazdym razem widzac jakies swiatla mamy nadzieje, ze dojezdzamy juz do naszego celu. I ostatecznie dojezdzamy.

W tym regionie zatrzymujemy sie w finca. Finca w Kolumbii zazwyczaj oznacza plantacje, lub gosporadstwo... W tej turystycznej czesci kraju finca zazwyczaj oznacza cos podobnego do polskiego gospodarstwa agroturystycznego, tyle ze zamiast grzadki z ziemniakami za oknem mozna zobaczyc krzewy z kawa, bananowce, drzewa awokado i mnostwo egzotycznych kwiatow. A do tego wszystkiego SPOKOJ! Cisza jest niesamowita i urzeka nas, az do momentu, kiedy o 4 nad ranem budza sie do zycia wszystkie kury, koguty, psy, ptaki i donosnie oznajmiaja swiatu ten fakt... Zbyt wczesny poczatek dnia rekompensuje nieziemskie sniadanie, lacznie ze swiezymi pomaranczami, prosto z drzewa gospodarzy! To nam sie podoba.

Podazajac wskazkowkami naszych gospodarzy, jedziemy poznac ciekawa, typowa dla tego regionu, architekture malych miejscowosci. Zaczynamy od Filandii, gdzie z interesujaco wygladajacej wiezy widokowej, podziwiamy okolice, a pozniej pijemy kawe i delektujemy sie mila temperatura, ktora wreszcie nie wyciska z nas ostaniej kropli.. energii. Po regenerujacej kawie, niespiesznie kierujemy sie do centurm miejscowosci. I faktycznie, architektura jest zupelnie inna, niz to co do tej pory widzielismy. Spacerujemy wokol rynku, robiac zdjecia i degustujac pyszne, slodkie, lokalne owoce od ulicznych sprzedawcow. Naszym kolejnym celem jest Salento. Dla mnie to juz nie pierwsza wizyta w tej miejscowoci, wiec wiem czego sie spodziewac. Wlasciwie moi wspoltowarzysze tez, bo informuje ich, ze jest bardzo podobnie jak w Filandii, z ta roznica, ze jest tam kilka razy wiecej turystow. I faktycznie, spotykamy sie z wieksza iloscia turystow, ale i tak nie jest jeszcze tak zle, jak ma byc za 2 dni, kiedy to wszyscy Kolumbijczycy zaczna swietowac Wielkanoc. Spacerujemy po rynku i deptaku, kiedy nagle zaczyna robic sie coraz ciemniej i... kropic. Nagle wszyscy czujemy glod i decydujemy, ze jest to idelany moment na obiad! Znajdujemy przyjemna restauracje, z tarasem i nieziemskim widokiem. Taras jednak tylko ogladamy i wracamy do srodka gdzie nas nie zmoczy i mamy nadzieje, ze nie przewieje, bo wlasciwie wewnetrzne patio nie sprawia wrazenia, jakby pomieszczenie bylo zamkniete. Jedzenie jest pyszne, zajadamy sie podziwiajac padajacy za oknem deszcz. Po obiedzie, deszcz co prawda juz sobie odchodzi, ale nasze dalesze plany na dzien zostaja poddane w watpliwosc.

00:58, monikaencolombia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 maja 2013

W drodze powrotnej z pustyni zatrzymujemy się, aby chwile ochlonac, napic sie czegos zimnego i polezec w hamaku. I wszystko idzie zgodnie z planem, az do chwili gdy postanawiamy, ze czas w droge. Oczywiscie samochod, pomimo, ze stoi w cieniu, nagrzewa sie do granic niemozliwosci, wiec wlaczamy klime i chcemy zaczekac na zewnatrz, az wnetrze sie troche ochlodzi. Zapominamy tylko o jednym szczegole... Samochod automatycznie blokuje drzwi. I zablokowal. Z kluczykiem w srodku... oczywiscie nie mamy zapasowego i nie mamy jak dostac sie do srodka!

Blady strach pojawia sie na naszych twarzach, a pustka w glowie jesli chodzi o pomysły co teraz zrobic. Postanawiam zadzwonic do wlasciciela samochodu, ktory mowil zeby dzownic jak cokolwiek bedziemy potrzebowac... I to jest zdecydowanie moment, w ktorym czegos potrzebujemy, najchetniej zapasowego kluczyka! Oczywiscie jak to w takiej chwili bywa, zasieg ledwo sie daje gdzies zlapac, a do tego stan baterii chyli sie ku koncowi... wlasciciel stwierdzil ze wysle sygnal satelitarny i to otworzy drzwi, musimy tylko poczekac. W miedzy czasie prosimy tez o pomoc wlascicieli gospodarstwa, w ktorym odpoczywalismy jeszcze chwile wczesniej. Ku naszemu zaskoczeniu, ludzie zaczynaja gromadzic sie wokol samochodu radzac co zrobic, zeby go otworzyc. Nie mamy nic przeciwko, bo naszych pomyslow jak na lekarstwo. Oczywiscie (ku zaskoczeniu kazdego... ) sygnal satelitarny nie pomaga a wlasciciel nie wiele wiecej ma do zaoferowania. Nawet chyba nie bardzo wie gdzie ta pustynia lezy i gdzie nas szukac. A nawet jakby chcial przyjechac z kluczem to dotarlby dopiero na drugi dzien a my zostalismy kompletnie bez niczego, z calym dobytkiem zamknietym szczelnie w, schlodzonym juz, samochodzie.

Grupa otaczajaca samochod, jak i jej zainteresowanie, rosnie z minuty na minute. Co chwile ktos probuje swoich sil w walce z samochodem. W ruch ida i maczety, a my juz tylko lapiemy sie za glowe co to bedzie. Ostatecznoscia jest rozbicie szyby, i na ta opcje juz kilku chetnych jest, ale my jeszcze nie tracimy nadziei, ze moze jednak cos innego pomoze. Zeby jechac, albo dzwonic po kogos kto mogloby otworzyc zamek, to conajmniej godzina drogi w jedna strone – do Neivy (najblizszej miejscowosci), ktora i tak duzym miastem nie jest, wiec nie wiadomo czy ktokolwiek by sie znalazl. Zwlaszcza w niedzielne popoludnie... wizje juz mamy rozne, ale zadne nie wygladaja dobrze. W miedzy czasie, co rusz ktos nowy podchodzi do samochodu lub przynosi nowe narzedzie (czyt. wieksza maczete), probom nie ma konca. Wszyscy w pocie czola (doslownie), w sloncu ratuja nasz samochod a my tylko bezradnie sie przygladamy. A zabawy maja przy tym co nie miara. Kazdy wybuch smiechu budzi w nas nadzieje, jednak zawsze okazuje sie, ze to po prostu ich dobry humor a nie pozytywny efekt walk.

Co rusz, ktos do nas podchodzi zagadac jak to sie stalo i zdaje sie ze nikt nie pojmuje naszego rozumowania. Po co wlaczac klime i zostawac na zewnatrz? Niby kiwaja glowami, ale miny sa zdecydowanie niezadowolone, ze nie odkryli rozwiazania tej zagadki. Siedzimy w coraz pochmurniejszych nastrojach, gdy w pewnym momencie przebiega kolo nas chlopczyk i z szerokim usmiechem krzyczy ‘bedziemy rozbijac szybe’ i jeszcze szybciej biegnie w strone samochodu, tak jakby nie chcial, zeby go przypadkiem to widowisko ominelo. Podrywam sie z krzesla i biegne za nim, majac w glowie obraz rozbitej szyby. Podchodze do faceta, ktory wyglada na glowno dowodzacego akcja i pytam co sie dzieje.

- Chyba trzeba rozbic szybe – odpowiada, a mi zaczyna robic sie slabo...

Moze zadzwonimy jeszcze raz do wlasciciela?

- Mozemy sprobowac, ale on nic nie pomoze

Pomimo wszystko dzwonie jeszcze raz i oddaje telefon dowodzacemu. Nastepuje szybka i zdecydowana wymiana zdan i dostaje telefon z powrotem. Okazuje sie, ze wlasciciel ma jeszcze jednem pomysl. Ponoc jesli zapchamy czyms rure wydechowa to po chwili (krotszej lub dluzszej...) silnik sie wylaczy a, w zwiazku z tym, drzwi automatycznie odblokuja. No dobra, pojawia sie nowa nadzieje. Oczywscie wszyscy juz mysla i szukaja czego by tu uzyc do nowej akcji. Mijaja kolejne minuty, mezczyzni w pocie czola, przy rozgrzanej prawie do czerwonosci rurze wydechowej zaczynaja pomalu miec dosc – ale nie odpuszczaja. Akcja trwa, powtorzona zostaje kilka razy az w koncu pada werdykt – nie dziala. No wiec co, wracamy do rozbijania szyby? Na szczescie wyglada na to, ze chwilowo ten pomysl zostal zapomniany i czlonkowie akcji ratunkowej wracaja do proby opuszczenia ktorejs z szyb.  

W koncu, po dluuuugim czasie prob i bledow, udaje im sie obsunac troche szybe w tylnych drzwiach. No i znow pojawia się nadzieja. Juz wszyscy zaaferowani zganiaja dzieci, ktore byly w poblizu, zeby jak najwezsza reka otworzyla zamek od sroda. No ale niestey, miejsce nie jest wystarczajace nawet na dzieciecy lokiec...

Czas plynie, podobnie jak i pot wszystkich zgromadzonych w pustynnym sloncu. W koncu, w koncu, pomalu szybe udaje sie obsunac jeszcze troche nizej i w koncu mala raczka dostaje do zamka i drzwi zostaja otwarte! Radosci, smiechom i poklepywaniu plecow nie ma konca. Wszyscy ciesza sie rownie mocno jak my, a moze nawet jeszcze bardziej. Od razu otwieramy wszystkie drzwi i juz z kluczykiem sie nie rozstajemy. Oczywiscie kazdemu po takiej akcji nalezy sie zimne piwo, mamy wrazenie ze z tej malej, prowizorycznej lodoweczki nie wystarczy go dla wszystkich. Przy piwie oczywiscie wszyscy chca wiedziec o nas jak najwiecej (smiejemy sie, ze w okolicy beda miec o czym rozmawiac przez miesiac, a potem bedzie krazyc legenda o polakach, ktorzy zatrzasneli kluczyki w samochodzie). mamy wrazenie, ze niewiele sie na tej putyni dzieje i moze tez dlatego kazdy byl zainteresowany czyms nowym. Do konca nie mozemy uwierzyc ile mamy szczescia w nieszczesciu, ze ci ludzie nie odpuscili po pierwszej probie i nie zostawili nas z problemem, tylko do skutku probowali swoich sil.

Oczywiscie tracimy duzo czasu (na szczescie nie az tak duzo jak juz nam sie wydawalo ze stracimy). Na noc znow trafiamy do naszej ulubionej Neivy, ale juz nie narzekamy, grunt ze mamy samochod i mozna nim jechac a nie czekac na mechanika i czas naprawy (np. straconej szyby). Do Neiva docieramy ze swiadomoscia, ze po takiej akcji, musimy sie czegos napic. Okazuje sie jednak ze w niedziele palmowa (...) poza kosciolem nie wiele jest otwarte. W koncu docieramy do jakiejs spelunki (przy kosciele) gdzie kupujemy kilka piw na wynos i wypijamy je w pobliskim parku, pomiedzy lokalnymi zulkami przysypiajacymi na pobliskich lawkach (wydaje nam sie to lepsza opcja niz zostanie w owej spelunce). zagryzamy to mango, ktore kupilismy dzien wczesniej i tak konczymy ten dzien. Moze to nie do konca sposob swietowania jaki mielismy na mysli, ale i tak jestesmy wdzieczni, ze wszystko skonczylo sie tak a nie inaczej. Nastepnego dnia z radoscia opuszczamy Neive. Tego dnia czeka nas dluga droga, mamy dojechac do Zona Cafetera, czyli regionu Kolumbii slynnego z duzej ilosci plantacji kawowych (i bananowych, jak sie ma wkrotce okazac).

02:53, monikaencolombia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 maja 2013

Naszym pierwszym celem po Bogocie jest pustynia Tatacoa. Niestety jednak, zeby dotrzec do pustyni trzeba nadrobic troche drogi jadac przez (zdecydowanie nie nasza ulubiona) miejscowosc Neiva – powod wyjaśni się już wkrotce. W zwiazku, z tym iz z Bogoty wyjezdzamy z malym poslizgiem czasowym Neiva zabawila w naszym zyciu duzo dluzej niz bylo to w planach. Trasa jest daleka, drogi zle oznakowane, a do tego ok godziny 18 juz sie sciemnia a jezdzic w ciemnosciach po wiejskich drogach, jakos dziwnie, nam sie nie usmiechalo. Gdy dojezdzamy do Neiva wlasciwie dochodzi juz 18… Postanawiamy przenocowac w tej miejscowosci i rano pojechac na pustynie, wlasciwie dzieli nas od niej już tylko godzina drogi. I tak tez robimy. W Neiva okazuje się być bardzo tanio, ale niestety co tez za tym idzie standard jest jeszcze nizszy niż ceny. Wiekszosc ‘hoteli’, do ktorych wchodzimy wyglada duuuzo gorzej niz nie jeden niskobudzetowy hostel w innej czesci kraju. Upal nie daje wytchnienia, zmeczeni szukaniem w koncu wybieramy hotel najlepszy z wszystkich zlych, ktore widzimy. Przed snem jeszcze udaje nam sie wypic piwko na jakims placu, ktory wydaje sie byc centrum miasta, chociaz okazaloscia nie zachwyca. Oczywiscie jestesmy nie mala atrakcja Neivy, wydaje mi sie, ze niewielu obcokrajowcow tu nocuje, no chyba ze z przymusu – jak my.

Nastepnego dnia przed wyjazdem wybieramy sie jeszcze na sniadanie. Udaje nam sie wynegocjowac jakiegos tosta i jajecznice, chociaz i wlascicielka przychodzi dopytac czy napewno nie chcemy zupy albo glownego dania obiadowego (sniadaniowej specjalnosci owej ‘restauracji’...).

Po sniadaniu jeszcze troche krazymy po Neivie, probujac znalesc droge wyjazdowa na pustynie. Oczywiscie oznakowanie praktycznie nie istnieje, a kazdy zagadniety przez nas przechodzien kieruje nas w nieco innym kierunku... jednak ostatecznie udaje sie! Jedziemy. I docieramy na miejsce!

Tak naprawde Tatacoa jest pustynia tylko z nazwy. W rzeczywistosci krajobraz jest dosc urozmaicony.

Krajobrazy sa nieziemskie, podzielone na 2 czesci – czerwona i szara.

 

Pustynia jak to pustynia, slonce w pelni, upal i do tego wszystkiego... chwila grozy!

cdn...

02:41, monikaencolombia
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 kwietnia 2013

Przygoda zaczyna sie jeszcze przed wyjazdem z Bogoty. Czekamy w hotelu az przyjedzie do nas samochod, ktory mielismy wypozyczyc na najblizszy tydzien. No i przyjezdza. Okazuje sie, ze papierow i ustalen jest wiec niz jakbys chcieli go kupic, wiec czasu tracimy duzo, zwlaszcza biorac pod uwage ilosc niepotrzebnych i bez konca powtarzancyh slow wymawianych przez Kolumbijczykow. Ale w koncu udaje sie. Wszystko podpisane i w droge.

No wlasnie, tylko gdzie? Bogoty nikt z nas nie zna, a do tego jestesmy w centum, gdzie uliczki sa tak waskie, ze ciezko gdziekolwiek manewrowac wokol innych, zaparkowanych samochodow. I co tu zrobic? Na szczescie dogadujemy sie z panem, ktory przywiozl nasz samochod, ze wywiezie nas gdzies na ulice wylotowa w kierunku, w ktorym mielismy jechac. No i faktycznie jedzie z nami kawal drogi i zostwia nas juz na jakiejs wiekszej ulicy z tlumaczeniem, to teraz tu prosto i na ktoryms tam zakrecie w prawo i potem bla bla bla. Oczywiscie juz ten pierwszy skret robimy zle i po prostu zawracamy... A w Bogocie niestety znakow informacyjnych wielu nie ma, wiec wszystko na czuja, albo na czeste zatrzymywanie sie i "przepraszam, a zeby dojechac tam i tam to gdzie teraz mamy jechac?" Wykancza nas to niesamowicie, a nie ma nawet jeszcze poludnia i wcale nie wygląda jakbysmy już z miasta mieli wyjeżdżac. Na dodatek ruch drogowy w Kolumbii jest okropny! Ludzie nie przestrzegaja zadnych regul, jezdza jak chca, a w Bogocie ruch zdecydowanie jest za duzy i zbyt chaotyczny (jeden z wiekszych problemow, z ktorym boryka sie miasto), no i pomiedzy wszystkim tym MY! Co rusz mamy dusze na ramieniu i palpitacje serca myslac, ze od wypadku oddzieliy nas sekundy i nastepnym razem (ktory wydarzy sie za kilka minut, a może i nawet sekund) mozemy nie miec tyle szczescia. Wystarcza chwila rozluznienia i nieuwagi i juz! Hamulec i wstrzymanie oddechu! A do tego nie wiadomo nawet gdzie jechac... Troche bladzimy i w koncu wpadamy na genialny pomysl. Zatrzymujemy taksowke i prosimy zeby nas poprowadzila. I faktycznie, daleko juz nie ma, taksowkarz zostawia nas w miejscu z przykazaniem, ze teraz to juz tylko prosto. Ale wiadomo jak to jest, prosto, tak naprawde nigdy nie jest faktycznie prosto. Wiec w wielu miejscach jeszcze sie zatrzymujemy, zeby upewnic sie ze ten luk tu to napewno jest to ‘prosto’. Ufff, po wyjezdzie z miasta gleboko oddychamy z ulga. Udalo sie, zegnaj Bogoto, mam nadzieje, ze predko sie nie zobaczymy.

20:32, monikaencolombia
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 kwietnia 2013

W zwiazku z chronicznym brakiem czasu i niestety tez lenistwem, ktore czasem zbyt ciezko pokonac, znow narobily mi sie zaleglosci. Tak wiec tez relacje bozonarodzeniowo-noworocznych podrozy zostawie na pozniej, a teraz opowiem cos o swiezych podrozach wielkanocnych. W zwiazku ze swiateczna wizyta, ktora uraczyla mnie siostra ze szwagrem, postanowilam pokazac im roznorodnosc tego pieknego kraju. Tak wiec bedzie cos o miastach, bedzie o wioskach, bedzie tez o gorach, morzach, wyspach, pustyniach, skalach, plantacjach (chyba jednak nie tych, ktore teraz przyszly wam do glowy)... Pierwszy tekst juz zaraz zacznie sie pisac, a w miedzy czasie zalaczam kilka zdjec.

Jak to zwykle bywa, bylo wspaniale, ale skonczylo sie szbciej niz zaczelo. Niemniej jednak, wspomnien i zdjec ogrom, wiec zapraszam do czytania!

01:00, monikaencolombia
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 grudnia 2012

Kolejnym miejscem blisko Barranquilli, do ktorego dlugo nie moglam dotrzec jest Salgar. Salgar to miejscowosc lezaca pomiedzy Barranquilla a Purto Colombia. Jedzie sie tam albo na plaze, albo zeby zobaczyc zamek. No wlasnie i o zamek tym razem chodzi.

Zamek wybudowany zostal przez Hiszpanow w 1848 roku na ruinach starego fortu San Antonio. Zamek sluzyl glownie za miejsce mieszkalne, a takze schronienie. W 1988 roku uznano go za czesc dziedzictwa narodowego i centrum kultury.

Wiele slyszalam o tym, ze jest ladny i warto go odwiedzic, ale nigdy nie bylo po drodze. Wreszcie, po ponad roku mieszkania w Barranquilli, udalo sie, dotarlam i tam! No ale wlasnie, czy ten zamek to aby napewno zamek? W zwiazku, z tym ze tu zawsze to czego sie spodziewasz rozni sie diametralnie od tego co zastajesz, postanowilam nie dac sie zaskoczyc i w internecie znalazlam zdjecia owego zamku. No i faktycznie, wyglada troche inaczej niz to czego moglabym oczekiwac, ale jak na Barranquille i okolice (niestety daleko tu do przesytu architektonicznych perelek) wygladal ciekawie. I w rzeczywistoci wygladal jeszcze ciekawiej. Zaskoczenie jednak pojawilo sie, kiedy weszlismy do srodka. Ow zamek okazal sie byc... restauracja. I to wlasciwie wszystko co bylo w srodku, oczywiscie mozna sie przejsc, obejrzec wnetrze, zobaczyc widoki z tarasu, ale wszedzie dookola stoliki i usmiechnieci kelnerzy, czekajacy tylko na przyjecie twojego zamowienia.

Co jeszcze ciekawe, zamek znajduje sie na klifie wiec widoki sa przepiekne.

Pozniej zeszlismy na plaze, gdzie zjedlismy obiad – tanszy niz w zamku, ale niestety niezbyt trafiony smakowo. Nigdy nie moze byc idealnie, prawda? Pozniej juz tylko spacer po plazy, delektowanie sie lokalnie produkowanymi slodyczami (ah, na slodkosci zawsze jest miejsce, a juz zwlaszcza na takie pyszne z kokosa czy lokalnych owocow!) i powrot do Barranquilli. Blogo-leniwa niedziele mozna zaliczyc do udanych.

22:47, monikaencolombia
Link Komentarze (4) »
sobota, 08 grudnia 2012

Puerto Colombia jest miejscowoscia polozona ok. 15 km od Barranquilli. Jest to jedno z najblizszych miejsc, gdzie mieszkancy Barranquilli wybieraja sie na plaze. Odkad tu przyjechalam nikt nie potrafil mi wytlumaczyc czy Puerto Colombia jest osobnym miastem czy dzielnica Barranquilli. Tutaj czasem ciezko uzyskac odpowiedz na pewne, czesto proste, pytania. Jednak po czasie jaki juz tu jestem, pewnie moge stwierdzic, ze jest to osobne miasto. Wielu mieszkancow Barranquilli tak naprawde w samej miejscowosci nigdy nie byla, gdyz nie uwazaja, aby bylo sie tam po co wybierac. W zwiazku z tym, ze kazdy mowil mi, ze faktycznie nic tam nie ma, nie odczuwalam potrzeby odwiedzenia tego miejsca. Jednak jakis czas temu, w nocy przejrzalam tamtedy i okazalo sie ze centrum wyglada dosc ciekawie. W zwiazku z tym, w koncu postanowilam sie tam wybrac. I faktycznie, nie jest to miejsce turystyczne, ale napewno jest to miejsce latynoamerykanskie, ktore warto zobaczyc. Wiekszosc miejscowosci to waskie uliczki przy ktorych stoja niskie, jednorodzinne domy, czesto w oplakanym stanie. Samo centrum jest zadbane, z pieknym kosciolem, ladniejszym niz wiekszosc kosciolow Barranquilli.

Co przykulo moja uwage to rzezby/pominiki na centralnym placu. Wygladaly dosc przypadkowo i, mowiac wprost, dziwnie. Bardzo mnie rozbawily i troche przypomnialy o Dalian, chinskim miescie, w ktorym mieszkalam przez pewnien czas. W Dalian pelno bylo tego typu ‘atrakcji’.

Wracajac jednak do Puerto Colombia. Oczywiscie najwieksza atrakcja sa plaze, niestety niezbyt urodziwe, i zdecydowanie za male. Niemniej jednak milo bylo spedzic sobotnie popoludnie wylegujac sie w hamaku przy szumie fal.

Puerto Colombia ma jeszcze jedna atrakcje - molo, a wlasciwie pozostalosci po molo. Kilka lat temu molo zaczelo sie zawalac. Jako, ze byla to duza atrakcja tutejszego wybrzeza, zaczeto robic plany jak je uratowac i odrestaurowac. Niestety ostatecznie na planach sie skonczylo, a przyczyna tego jak zwykle, okazal sie brak srodkow finansowych. Obecnie molo zobaczyc mozna w naprawde oplakanym stanie, w kilku fragmentach. Molo jest zamkniete dla odwiedzajacych z uwagi na ryzyko dalszego zawalania sie, bylo kilka przypadkow utoniec spowodowanych osunieciem sie jego fragmentu pod ludzkimi stopami. Ludzie nie do konca przejmuja sie zakazem, ale tez nie oddalaja sie zbytnio od brzegu.

12:24, monikaencolombia
Link Komentarze (2) »
sobota, 01 grudnia 2012

Zatrzymujemy sie w pierwszym napotkanym hostelu, gdyz cena jest bardzo zadowalajaca. Pozniej okazuje sie, ze jestesmy tam jedynymi goscmi. Po chwilowym odpoczynku, glod zmusza nas do opuszczenia wygodnego pokoju z klimatyzacja. Okazuje sie, ze w Mompox jest jeszcze gorecej niz w Barranquilli! Ktoz by sie tego spodziewal? Na szczescie popoludniowe slonce chyli sie juz ku zachodowi wiec i upal troche lagodnieje. Po obiedzie/kolacji spacerujemy po miescie z przyjemnoscia. Ulice tetnia zyciem, co zaskakuje nas w miejscu, ktore tak bardzo oddalone jest od czegokolwiek. Uliczni sprzedawcy na każdym rogu kusza pysznymi zapachami, mieszkancy albo im ulegaja, albo na bujanych fotelach ustawionych przed domem oddaja sie zyciu towarzyskiemu polaczonemu z obserwowaniem przechodniow. Wszedzie dookola rozbierzmiewaja dzwieki lastynoskiej muzyki, najczesciej salsy lub vallenato. Jestesmy zauroczeni! Niemniej jednak zmeczenie calodniowa podroza w koncu nas dopada i wracamy do hotelu. W zwiazku z tym, iz sa to moje urodziny to wznosimy jeszcze toast, niepewnie planujac pozniejsze wyjscie na tance, jednak juz niewielka ilosc alkoholu prowdzi nas prosto w ramiona blogiego snu.

Rano niespiesznie zbieramy sie do wyjscia. Na tyle niespiesznie, ze odpuszczamy juz sniadanie i dzien zaczynamy spacerem po miescie. Mompox nie posiada wielu atrakcji turystycznych. Wlasciewie te atrakcje to 6 kosciolow, 1 muzeum i... cmentarz, ktory paradoksalnie jest najciekawsza z nich. Ale nawet nie o te „atrakcje” chodzi. Jestesmy urzeknieci samym miejscem, jego charakterem. W ciagu calego pobytu spotykamy tylu turystow ilu policzyc mozna na palcach jednej reki. Jestem bardzo szczesliwa z tego powodu. W zwiazku z tym, ze jest niedziela, podczas spaceru nie mijamy nawet wielu mieszkancow. Caly dzien mija nam na spacerach, jedzeniu, piciu i zalowaniu, ze nie mozemy tu zostac dluzej. Upal jest nie do zniesienia. Cieszymy sie, ze wszystko jest blisko, bo bez problemu mozemy sobie zrobic przerwe na przysznic... i chwile odpoczynku w klimatyzacji. Po poludniu trafiamy na maly sklepik sprzedajacy lokalnie produkowane wino. Jestesmy zaskoczeni szerokim wyborem owocow (jest tez wino z palmy!), z ktorych zostaly zrobione. Sprzedawczyni zaprasza nas na nasza mala, indywidualna degustacje. Wszystko smakuje przepysznie, wiec kupujemy kilka malych buteleczek o roznych smakach. Mompox w promieniach zachodzacego slonca urzeka nas jeszcze bardziej. Nie mozemy uwierzyc, ze tak niewielu tu turystow (a, zaskakujaco, bardzo duzo hoteli).

W ciagu dnia zbieramy tez informacje o owym bezposrednim autobusie, skoro jedzie tu jeden z Barranquillli, to musi byc i jakis powrotny. I jest. Niestety, nie tak jak oczkiwalismy po poludniu, a o 6 rano. Decydujemy sie nim wracac, gdyz nie bardzo chcemy po raz kolejny przemierzac droge, ktora tu dotarlismy. Przed 6 jestesmy w miejscu skad odjezdza autobus. Mompox w promieniach wschodzacego slonca okazuje sie jeszcze piekniejsze niz poprzedniego dnia. Z przykroscia tak szybko zegnamy sie z tym magicznym miejscem, ale niestety, potrzeba zarobienia na kolejne podroze wzywa nieublaganie z powrotem do Barranquilli. Jestesmy jednak pewni, ze do Mompox wrocimy. Predzej czy pozniej.

Podroz powrotna, pomimo naszych wielkich nadziei, okazuje sie nawet dluzsza niz poprzednia z przesiadkami. Jestesmy bardzo ciekawi jak autobus przeprawi sie przez rzeke, skoro nie ma mostu! Po wyjezdzie z Mompox, a jeszcze zanim docieramy do rzeki, autobus zatrzymuje sie co chwile, aby zabrac kolejnych pasazerow czy tez kolejne przesylki. Wszystko trwa jeszcze dluzej, niz mogloby sie wydawac. Kolumbijczycy nie czuja presji, gdy ktos na nich czeka. Nigdy. W tym przypadku wyglada to tak: jedna osoba ma wsiasc do autobusu. Przy drodze czeka na autobus ta osoba i pol jej rodziny. Pomimo, ze widza nadjezdzajacy autobus nadal wesolo rozmawiaja. Zatrzymuja autobus, ta osoba laduje swoj bagaz do srodka i wychodzi z powrotem na zewnatrz i bez pospiechu zegna sie z kazdym czekajacym tam czlonkiem rodziny. I tak z kazdym nowym pasazerem.W koncu, po wszystkich pozegnaniach, docieramy do rzeki. Tu kierowca zatrzymuje sie, gasi silnik i wysiada, a kolejna osoba z pracujacych w tym rejonie, zaczyna myc nasz autobus. Po 45 minut wydaje nam sie, ze siedzimy w najczystszym autobusie na swiecie! Nawet moj kompan, Kolumbijczyk, jest zaskoczony, ze ktos stad zadalby sobie tyle trudu i poswiecil tyle czasu na taka czynnosc. W koncu ruszamy. I faktycznie mostu nie ma. Jest za to cos a’la platforma (oczywiscie w oplakanym stanie), na ktora wjezdzaja 2 autobusy i 2 samochody i ruszamy dalej. Platforma napedzana jakims marnym silniczkiem sprawia, ze poruszamy sie bardzo powoli! Oczywiscie wylaczony silnik autobusu oznacza tez wylaczona klimatyzacje. A stoimy w pelnym sloncu! Siedzimy czujac jak nasz autobus ogrzewa sie w mgnieniu oka. Po chwili zregnywanego obserwownia co dzieje sie za oknem, uswiadamiamy sobie, ze od chwili przygladamy sie panu sprzedajacemu sok ze swiezo wycisnietych pomaranczy. Z lodem! W tej samej chwili patrzymy na siebie i ruszamy na zewnatrz. Okazuje sie tam duzo przyjemniej, wiec po zaspokojeniu pragnienia usadawiamy sie w cieniu autobusu i podziwiamy widoki.

Nasze nadzieje, ze wlasciwie tylko musimy sie przeprawic na druga strone rzeki i dalej juz pojedziemy normalna predkoscia, umieraja po godzinie. Mija kolejne pol godziny gdy wreszcie zjezdzamy na lad. Minelo juz kilka godzin a my wlasciwie dopiero wydostalismy sie z wyspy. Oznacza to wiec jeszcze kilka godzin zanim dotrzemy do naszego celu. Fakt faktem, dotarcie do Mompox i pozniej wydostanie sie z niego nie nalezy do najlatwiejszych, najprzyjemniejszych, a juz napewno nie do najszybszych, ale to co zastalismy na owej wyspie warte bylo zarowno czasu jak i zmeczenia. Mompox zostalo bez watpienia dodane to listy moich ulubionych miejsc w Kolumbii.

04:05, monikaencolombia
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 listopada 2012

Tym razem przeniesiemy sie do Mompox, urokliwej miejscowosci w polnocnej czesci Kolumbii.

Oficjalna nazwa Santa Cruz de Mompox jest najczesciej skracana do formy Mompox lub Mompos. Ale co tak naprawde jest tam ciekawego i dlaczego jest to takie urokliwe miejsce? Zaczne od kilku faktow, a pozniej przejde do relacji niesamowitego weekendu, ktorym mialam okazje tam ostatnio spedzic.

Mompox polozone jest w departamencie Bolivar. Ciekawa lokalizacja jest zarowno atrakcja, jak i utrudnieniem w dostaniu sie tam. Otoz mompox polozone jest na wyspie uformowanej przez rozgalezienie rzeki na 2 ramiona, ktore na pewnym dystansie znow schodza sie ze soba. Co ciekawe, do tej pory nie wybudowano zadnego mostu laczacego wyspe ze stalym ladem. Dzieki temu Mompox, pomimo wielu walorow, nigdy nie stalo sie miejscem masowej turystyki. Miejscowosc ta zostala wpisana na liste swiatowego dziedzictwa UNESCO w 1995 roku za kolonialna architekture historycznego centurm.

Nazwa pochodzi od nazwiska wodza lokalnej ludnosci Kimbaya – Mompo. Miasto zostalo zalozone w 1537 roku jako bezpieczny port na rzece Magdalenie. Miasto rozwijalo sie jako dobrze prosperujacy port, glownie dla transportu dobr. W owym czasie slynelo rowniez z duzej ilości pracujacych tam zlotnikow. Okres dostatku zaczal jednak slabnac w XIX wieku, kiedy zwiekszajaca sie ilosc osadow w korycie rzeki zaczela utrudniac tamtejszy transport wodny.

Najwieksze oblezenie turystyczne miasto przezywa podczas obchodow Wielkanocy. W Kolumbii wiekszosc szkol ma w tym czasie tydzien odpoczynku od zajec, jest to wiec okres nasilonych migracji turystycznych. Tradycja owych obchodow w Mompox siega az 1564 roku. To co najczesciej zaskakuje odwiedzajacyh z kraju i zagranicy, to polaczenie tradycji i zwyczajow katolickich z poganskimi i magicznymi. Poczatkowo obchody swietowane byly w czasie, kiedy bogaci ludzie oddawali swoje klejnoty, fundowali budowe oltarzy czy tworzenie pieknych obrazow jako sposob na odpokutowanie za grzechy i zapewnienie sobie zbawienia wiecznego. Co roku mieszkancy Mompox przygotowuja owe klejnoty i ozdabiaja nimi figury swietych, ktore pozniej uzywane sa podczas procesji.

(fot. santacruzdemompos-bolivar.gov.co)

W Srode Popielcowa mieszkancy miasta uczestnicza w Serenadzie dla Zmarlych na cmentarzu miejskim. Okolo godziny 18 mieszkancy gromadza sie na owym cmentarzu, ktory zostaje oswietlony specjalnie na ta okazje. Tam siadaja przy grobach swoich bliskich i dotrzymuja im towarzystwa do wczesnych godzin rannych. W tym czasie slychac muzyke zalobna, grana ku czci zmarlych, plona znicze, a groby udekorowane sa duza iloscia kwiatow.

(fot. eldiariofenix.com)

Kilka faktow sprawia, ze obchody tych swiat sa w Mompox uznawane za wyjatkowe na terenie kraju:

- biarze w nich udzial 7 kolonialnych kosciolow miasta

- podczas procesji Wielkiego Czwartu i Wielkiego Piatku maszeruje sie robiac dwa kroki do przodu i jeden do tylu. Nadaje to procesji uroczyste i rytmiczne piekno, ktore jest znane zarowno w kraju jak i za granica.

Procesja Wielkiego Piatku rozpoczyna sie o polnocy, kiedy to parafianie wedruja do kosciola San Francisco i trzykrotnie pukaja do drzwi. Kiedy drzwi zostaja otwarte, ludnosc „kradnie” obraz znajdujacy sie w owym kosciele. Nastepnie „zlodzieje” przenosza obraz we wczesniej ustalone miejsce, gdzie zostawiaja go do godziny 2 w nocy. Wtedy tez obraz zostaje „odnaleziony” i przeniesiony do kosciola Santo Domingo. W tym czasie rozbrzmiewaja dzwieki marszu wojskowego, skomponowanego specjalnie na ta okazje. Na koniec odprawiana jest msza.

 

(fot. eluniversal.com.co)

Ja niestety nie znalazlam sie tam w czasie Wielkanocy, aby moc uczestniczyc w tym ciekawym wydarzeniu. A moze to i lepiej, gdyz ominely mnie najwieksze tlumy odwiedzajace Mompox. Podczas mojego pobytu miasto bylo spokojne i ciche i moglismy delektowac sie jego pieknem prawie na wylacznosc.

Przygoda zaczyna się juz w Barranquilli. Slyszelismy duzo o tym jak ciezko dotrzec do Mompox, ale wlasciwie nigdy nie mozna do konca wierzyc we wszystko co sie tu uslyszy. Jedni mowili ze droga jest dluga i wymaga wielu przesiadek, lacznie z przeprawa lodzia przez rzeke, gdyz nie ma zadnego mostu. Inni mowili, ze sa bezposrednie autobusy z Barranquilli i Cartageny, ale nikt nie wiedzial jak to faktycznie dziala skoro nie ma mostu. Decydujemy po prostu zadzwonic na dworzec w Barranquilli, gdzie zostajemy poinformowani, ze fakycznie jest bezposredni autobus do Mompox i ma jeden kurs dziennie o 8 rano. Tak wiec rano przed 8 stawiamy sie na dworcu, chcemy kupic bilet i slyszymy „Ale ten autobus jest codziennie o 7.30 i dzisiejszy juz odjechal”. Nie do wiary, ten kraj nie przestanie mnie nigdy zaskakiwac! Rozpytujemy na dworcu (tu dworzec nie ma jednego okienka na wszystkie trasy, kazda firma ma swoje okienko, wiec warto popytac zanim sie cos kupi, bywa ze ta sama destynacja ma rozne ceny biletow u roznych firm). Niestety jednak, zadna inna firma nie jedzie do Mompox. Jest jeszcze jedna mozliwosc. Mozemy pojechac autobusem do Magangue, a stamtad kursuja juz lodki do Mompox. Autobus odjezdza za godzine, a nie majac zadnego innego wyboru, kupujemy bilety. Autobus zamiast 4 godzin, ktorych sie spodziewamy (w sumie podroz do Mompox miala trwac maksymalnie 5 godzin), dociera do Magangue po ok 6 godzinach... Na miejscu, na szczescie, okazuje sie, ze dworzec jest polozony bardzo blisko rzeki i nie zajmuje nam duzo czasu znalezienie lodki. I znow ruszamy! Myslimy, ze ta lodka tylko przeprawimy sie na druga strone i Mompox jest juz bardzo blisko. No i niespodzianka. Lodka plyniemy prawie pol godziny i pokonujemy dosyc spory dystans, gdyz plyniemy z duza predkoscia. Po doplynieciu kolejna niespodzianka – wcale nie jestesmy jeszcze w Mompox! Przy przystani stoi kilka taksowek (tzw. colectivo, czyli kierowca czeka az uzbiera sie pelny stan i cena dzielona jest na wszystkich pasazerow. Jest to zawsze tansza opcja niz tradycyjna taksowka), a kierowcy od razu chwytaja za bagaze pasazerow. Rozgladamy sie dookola, nie ma tam zupelnie nic, tak wiec po raz kolejny nie mamy wyboru. Zaskakuje nas wysoka cena taksowki, ale wsiadamy, znow przekonani, ze od Mompox dziela nas juz minuty. I kolejna niespodzianka. Do Mompox docieramy po ponad godzinie jazdy! Teraz juz doskonale rozumiemy opinie o trudnym dojezdzie do tego miejsca.

cdn...

23:39, monikaencolombia
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 listopada 2012

No wlasnie, swieta i dlugie weekendy. Ci, ktorzy maja ze mna w miare biezacy kontakt juz pewnie wiedza o czym bedzie ten post. Pomyslalam jednak, ze jest to ciekawostka, o ktorej warto wspomniec na tym kolumbijskim blogu.

A to co charakterystyczne w Kolumbii w tym temacie to fakt, ze jest to chyba kraj z najwieksza iloscia dlugich weekendow. (Jesli ktos zna kraj, w ktorym jest ich tyle samo lub wiecej to chetnie sie o tym dowiem i moze rozwaze to miejsce na moj kolejny dom).

W Kolumbii praktycznie kazdy miesiac oferuje nam przyjenamniej jeden dlugi weekend, zdaza sie, ze dwa. Nikt tu nie lubi wrzesnia ani lutego bo wlasnie wtedy nie ma zadnego dodatkowego dnia wolnego i kazdy narzeka jakie to zycie jest ciezkie i jaki jest przepracowany. Wielkanoc czasem sprawia, ze w ciagu roku sa az 3 miesiace bez dlugiego weekendu, wiec mozecie sobie wtedy wyobrazic nastroje kolumbijczykow. A skad sie to bierze? Otoz istnieje tu prawo, ktore stanowi, ze swieto wypadajace w dniach od wtorku do piatku przesuwa sie na poniedzialek. Jest kilka wyjatkow, jak wazne swieta koscielne czy np. Swieto Pracy 1 maja, ktore niestety sa chronione i nie mozna ich przeniesc. Ale jakiez wtedy zale i zawodzenia slychac w kraju, kiedy to wolny dzien wcale nie przedluza im weekendu. Ja, w zwiazku z tym, ze nie jestem przyzwyczajona do takiej ilosci wolnego, ciesze sie kazdym dniem, nawet jak jest to sroda. Dodatkowo taka ilosc dlugich weekendow sprzyja wycieczkowemu nastrojowi, co rowniez bardzo mi odpowiada. Dodatkowo osoby pracujace w szkole maja jeszcze wiecej wolnego (to akurat nie jest charakterystyczne tylko dla Kolumbii). Np. w czasie bozonarodzeniowo-noworocznym uczniowie i nauczyciele maja miesiac wolnego, w czasie Wielkanocy – tydzien. Uniwersytety zawsze sa w tym temacie stratne o kilka dni ale i tak maja wiecej wolnego niz przecietny pracownik innej branzy.

Dodatkowo w Barranquilli odbywa sie corocznie karnawal, ktory uwazany jest za drugi co do wielkosci i rozrywkowosci w Ameryce Poludniowej (oznacza to chyba, ze i na swiecie tez), zaraz po Rio oczywiscie. Glowne obchody Karnawalu trwaja 4 dni zaczynajac od soboty, i mieszkancy Barranquilli maja te dodatkowe 2 dni rowniez wolne od pracy.

Ciezkie kolumbijskie zycie...

22:04, monikaencolombia
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 listopada 2012

Po relacji moich doswiadczen z La Guajiry teraz czas na kilka faktow.

Po przeczytaniu kilku poprzednich postow wiecie juz, ze jest to polwysp na polnocy Kolumbii. Polwysep ten byl powodem sporu pomiedzy Kolumbia a Wenezuela w 1891 roku. Obecnie wiekszosc tego terytorium znajduje sie w granicach Kolumbii, w departamencie La Guajira, i tylko niewielkie, poludniowe fragmenty wybrzeza naleza do Wenezueli. La Guajira lezy nad Morzem Karaibskim. Obszar polwyspu zajmuje 25 000 km2 i lezace na polnocy Punta Gallinas jest uznawane za najabrdziej na polnoc wysuniety punkt kontynentu poludniowoamerykanskiego. Klimat rozni sie w zaleznosci od czesci kontynentu, na poludniu jest bardziej wilgotny, natomiast na polnocy suchy tworzac pustynny krajobraz.

Polwysep jest zamieszkany w wiekszosci przez rdzenna ludnosc nazywana Wayuu. Ta grupa etniczna zamieszkuje tylko La Guajire, zarowno po stronie kolumbijskiej jak i wenezuelskiej. Ludnosc posluguje sie jezykiem Wayuu. Wieksza czesc mlodego pokolenia zna plynnie jezyk hiszpanski, jednak zdaje sobie sprawe z wagi jezyka rodzimego, ktorym rowniez potrafi sie poslugiwac.

Pomimo, iz Wayuu nigdy nie zostali calkowiecie podporzadkowani Hiszpanom, to jednak stosunki miedzy nimi byly konfliktowe. Mialo tam miejsce kilka buntow pomiedzy 1701 a 1768 rokiem. W 1769 roku Hiszpanie uprowadzili 2 jencow do pracy nad budowa fortyfikacji Cartageny. Nikt nie spodziewal sie jaka bedzie reakcja Wayuu. Podpalili wioske El Rincon, palac tym samym rowniez kosciol, w ktorym wczesniej schronilo sie dwoch hiszpanskich kolonizatorow, a takze uprowadzili tamtejszego ksiedza. Oczywiście, niemal natychmiastowo, Hiszpanie wyslali ekspedycje do El Rincon. Na czele ekspedycji stal Jose Antonio de Sierra, ktory odpowiedzialny byl rowniez za uprowadzenie 22 innych mieszkancow La Guajiry. Gdy tamtejsza ludnosc go rozpoznala, zostal zmuszony do schronienia sie w domu wikarego, ktory rowniez pozniej podpalono. Sierra i jego 8 ludzi zostalo zabitych. Po tym zwyciestwie jeszcze wiecej ludzi dolaczylo do buntu. Wedlug dostepnych danych, ponad 100 hiszpanskich kolonizatorow zostalo zabitych, glownie w wyniku podpalen, a wielu innych zostalo uprowadzonych i uwiezionych.

Podaje jeszcze link do ciekawego, krotkiego filmu o ludnosci Wayuu. Co prawda jest w jezyku hiszpanskim z angielskimi napisami, ale polecam obejrzenie go nawet osobom nie znajacym tych jezykow:

http://indigenouspeoplesissues.com/index.php?option=com_content&view=article&id=1638:the-wayuu-indigenous-people-of-colombia-and-venezuela-video-documentary&catid=68:videos-and-movies&Itemid=96

00:26, monikaencolombia
Link Komentarze (3) »
piątek, 16 listopada 2012

To byl juz niestety nasz ostatni dzien w Punta Gallinas. Po powrocie do gospodarstwa dopytalysmy o transport powrotny. Okazalo sie ze wcale nie musimy wracac do Cabo de la Vela i tam przesiadac sie na samochod do Uribii, mozemy jechac inna droga prosto do Uribii zaoszczedzaja przy tym sporo pieniedzy. Szczerze nie bardzo wiemy co robic. Mialysmy jeszcze nadzieje na troche czasu w Cabo, zagladajac jednak do portfela postanawiamy wybrac tansza opcje. No trudno, bedzie tam jeszcze po co wrocic.

Ponadto lodka odplywa o 5 rano. Znajac kolumijska punktualnosc bardzo sie tym nie przejelysmy, ale budziki ustawilysmy na chwile przed 5. Tak na wszelki wypadek. I znow zasnelysmy prawie tak szybko jak polozylysmy sie w hamakach. Rano zostalam obudzona przez moja wspoltowarzyszke podrozy, ktora nerwowo probowala wrzucic wszystkie swoje rzeczy do plecaka. Zaspalysmy! Bylo co prawda dopiero kilka minut po 5, ale gospodarz juz nerwowo na nas spogladal, dlaczego nie jestesmy gotowe (no tak, o 5 rano i jak czlowiek zaspi to sa punktualni!). Tak wiec nie minelo 5 minut jak bylysmy juz na pokladzie lodki dopinajac kamizelki na nasze pizamy i upychajac plecaki znow pod folie, majac nadzieje, ze niczego nie zapomnialysmy zapakowac. Nie bylo wyjscia, gospodarz nie wygladal jakby chcial na nas czekac, wiec nie bylo co czekac i patrzyc jak odplywa. A wiec ruszylismy! Wschodzace slonce bylo tak piekne, ze na chwile zapomnialysmy, ze jeszcze czesciowo spalysmy i to piekno podziwialysmy tylko jednym otwartym okiem. Tym razem nasza podroz lodka wydawala sie bezpieczniejsza, gdyz nie plynelismy wbrew falom jak poprzednio, a wraz z nimi.

Gdy wreszcie doplynelysmy do miejsca przesiadkowego znow przyszlo nam czekac na samochod. I znow mialysmy spooooro czasu. Zalowalysmy ze nie zdazylysmy zabrac wystarczajace ilosci wody do butelek zeby moc chociaz oplukac twarz. Resztka wody, ktora posiadalysmy zdecydowanie zostala przeznaczona do picia, i tak nie bylo jej wiele, a droga przed nami daleka. Samochod wreszcie sie pojawil. My gotowe do drogi w pol minuty, a nasi nowi kierowcy spokojnie, bez pospiechu jeszcze ucinaja sobie pogawedke z naszym gospodarzem/rybakiem. Ostatecznie ruszylismy, jednak juz chwile dalej nasz samochod zatrzymal sie a kierowcy wysiedli. Po chwili niepewnosci co sie dzieje, okazalo sie ze to pora ich sniadania... Wiec po prostu, bez slowa, zostawili nas w samochodzie podczas gdy oni delektowali sie porannym posilkiem. Nie na dlugo zostalysmy osamotnionie, juz po chwili znalazl sie jakis delikwent bardzo zainteresowany naszymi osobami i skory do pogawedki. Po dluzszym czasie (bo przeciez nie ma sie co spieszyc z jedzeniem jak dwie pasazerki siedza w zalanym sloncem samochodzie) ruszylismy dalej. Samochod dowiozl nas do Uribii, gdzie znow przesiadlysmy sie na kolejny samochod do wczesniej wspomnianego skrzyzowania. Tym razem nie musialysmy czekac ani polowac na najlepsza cena. Wiedzialysmy juz czego oczekiwac, wiec pierwszy kierowca oferujacy znana nam kwote zostal naszym nowym kierowca. I znow znalazlysmy sie w tym samym miejscu co w pierwszy dzien wyprawy, na skrzyzowaniu drog, gdzie juz kursuje transport publiczny. Tam mialysmy zlapac autobus do Riohacha i dalej juz do Barranquilli. No wlasnie, mialysmy. Po uzupelnieniu zapasow wody usiadlysmy przy drodze i probowalysmy zatrzymac jakikolwiek autobus. Pomimo, ze trasa juz nam znana i wszystko co najtrudniejsze wydawalo sie byc za nami, powstal problem. Okazalo sie, ze wiekszosc z kursujacych na tej trasie autobusow to autobusy dalekobiezne i maja juz pelny stan. A nawet jak juz jakis sie zatrzymal to wcale nie chcial nas zabrac na tak krotkim dystnasie. Troche czasu tam spedzilysmy i wlasciwie stracilysmy juz nadzieje, ze ktorykolwiek z kierowcow zabierze nas dalej. Zaczelysmy nawet lapac stopa (tak, w tej niebezpiecznej Kolumbii!), ale jak na zlosc wszystkie samochody tez mialy pelny stan, czesto wrecz nadstan! Czyzby ruch przygraniczny byl podobny do tego, ktory ja pamietam z lat dzieciecych, kiedy to jezdzilismy na Slowacje pelnym stanem, bo kazda osoba to mozliwosc przewiezienia wiekszej ilosci produktow przez granice (tu moze powinnam zaznaczyc, ze przede wszystkim liczyla sie kazda osoba pelnoletnia). Ostatecznie jakis samochod udalo nam sie zatrzymac! Coz za radosc. Jednak nie byl to zwykly prywatny samochod. Byl to prywatny samochod zarabiajacy na tych, ktorzy nie moga tu zlapac autobusu... Dokladnie tak, lokalni dokladnie wiedza ja sprawa sie tu ma i doskonale wiedza jak ja wykorzystac. Bylo nam jednak juz wszystko jedno i dolaczylysmy do innych pasazerow jadacych do Riohacha. Na miesjcu myslalysmy, ze moze zobaczymy jeszcze choc troche miasta, ale oczywiscie zaraz po wyjsciu z samochodu na dworcu oblegl nas znajomy tlum naganiaczy. Okazalo sie, ze jakis autobus gorszej firmy odjezdzal ‘zaraz’ do Barranquilli i kosztowal kilka razy mniej niz ten ktorym dotarlysmy tu pierwszego dnia. Niestety byl to ostatni kurs tego dnia (przynajmniej tak nas poinformowano...). Byla to bardzo kuszaca propozycja dla naszych nadwyrezonych portfeli. Dodatkowo owi naganiacze widzac nasze wahanie (cena cena, ale co z tym zwiedzaniem miasta?), jeszcze zeszli z ceny. Jak uslyszeli ze problemem jest czas to stwierdzili, ze ten autobus wcale nie odjezdza tak bardzo ‘zaraz’. No prosze! Chyba po raz pierwsze uslyszalam prawde od tych ludzi. Chyba. No ale mimo wszystko, dawalo nam to moze czas wystarczajacy zeby cos zjesc, ale napewno nie zeby zwiedzic miasto. Ostatecznie zagladajac do przewodnika, ktory twierdzil ze Riohacha jest wlasciwie tylko miejscem przesiadkowym i nie ma tam praktycznie nic co zainteresowaloby turyste, postanowilysmy wrocic do domu.

Decyzja wydawala sie dobra, pieniadze zaoszczedzone a zmeczone Polki zadowolone wreszcie w siedzacej pozycji bez koniecznosci martwienia sie o kolejna przesiadke. Droga oczywiscie trwala duzo dluzej, bo autobus co chwile zatrzymywal sie zeby dopchnac wiecej ludzi na poklad, ale to nie mialo dla nas az tak duzego znaczenia. Niemniej jednak wyjasnilo to roznice ceny, poza oczywistym duzo gorszym standartem pojazdu. W autobusie zaskoczyly nas ‘ciekawe’ rozrywki... siedzialysmy zaraz przy telewizorze, na ktorym przez cala droge wyswietlane byly horrory, ale te gorsze z najgorszych, w ktorych ketchup sika na wszystkie strony w czyjejs urwanej reki i co druga postac wymiotuje co kilka minut. Przypomne ze podroz trwala duzo dluzej w zwiazku z licznymi przystankami. Zdarzylysmy wiec kilka takich filmow obejdzec... ku radosci naszej i innych pasazerow widzacych cierpienie na naszych twarzach.

22:52, monikaencolombia
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3